poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rzym - informacje praktyczne

Opisałam już całą wycieczkę, więc teraz garść informacji praktycznych (bilety, ceny restauracje, rezerwacje itp.)
Po kolei:

Bilety kupowałam w Ryanairze, bagaż podręczny ze spokojem wystarcza na kilkudniowe zwiedzanie (jest większy limit bagażu podręcznego niż w WizzAirze i można dodatkowo mieć torebkę).

Jeśli chodzi o dojazd z Ciampino do Rzymu, najszybsze opcje były dwie: budy Terravision i SITbus (obydwa zatrzymują się na dworcu Termini, my mieszkałyśmy zaraz obok). Sprawdziłam w internecie godziny odjazdów w obydwu liniach i wybrałam SITbus, bo godziny bardziej nam pasowały. Bilety do kupienia tutaj. Od razu po wyjściu z lotniska udało nam się wsiąść do autobusu. Na Ciampini stacje obydwu linii są obok siebie, na Termini SITbus odjeżdża bardziej ze "szczytu" dworca (bliżej Piazza Republica). Przy zakupie przez internet ceny w SITbusie i Terravision są takie same, 4 euro w jedną stronę (na miejscu odrobinę drożej, chyba 6 euro).

Zwiedzanie:
Z wyprzedzeniem przez internet zarezerwowałyśmy zwiedzanie nekropolii pod Bazyliką i grobu św. Piotra. Ne można tu kupić biletów na miejscu, ponoć najlepiej rezerwować jakiś miesiąc wcześniej, w niedziele nieczynne. Zwiedzanie z przewodnikiem kosztuje 13 euro, miałyśmy polskiego przewodnika, wycieczka trwała ponad 1,5 godziny. Info o rezerwacji tutaj.
Na miejscu kupiłyśmy jedynie bilety do Koloseum (w pakiecie z biletem do Forum Romanum), bilet normalny 12 euro, ulgowy chyba 7,50. Nie ma zniżki studenckiej, jest określona wiekowo (nie pamiętam, do którego roku życia).
Resztę zabytków zwiedzałyśmy za darmo.
Z mapką Rzymu nie ma problemu, rozdają za darmo w każdym hotelu / hostelu.

Hotel:
Rezerwację robiłam przez booking.com, Romina Rooms kosztowało w promocji 120 euro za 3 osoby za 3 noce (pokój ze wspólną łazienką), ale - jak już pisałam - ostatecznie zakwaterowali  nas w Cortorillo, który normalnie jest odrobinę droższy. W cenie było miniśniadanie, czyli cappucino z automatu i mały croissant pakowany próżniowo. Na miejscu można też zapłacić 3 euro i wtedy ma się szwedzki stół. Wybór może nie powala, ale za tą cenę jest w pełni wystarczający (minicroissanty, kawa, herbata, sok pomarańczowy, jogurt, mleko, 2 rodzaje płatków, jakieś ciasteczka, dżemy, chyba też pieczywo i pomarańcze). Internet w hotelu jest bezpłatny, pokój dość wygodny i czysty. Wiadomo, żadnych luksusów, ale zupełnie przyzwoicie.

Jedzenie:
Przed wyjazdem zrobiłam mały research w internecie, żeby nie biegać potem na ślepo. Knajpy sprawdzałam m.in. na bookadvisorze (wiem, że ostatnio była afera z fałszywymi opiniami na tym serwisie, dlatego przede wszystkim oglądałam zdjęcia wrzucone przez użytkowników), na fly4free i ogólnie w internecie.
Pierwszy lunch w Salento Salato bardzo mi smakował i był tani (Via Borgo Pio, w bocznej uliczce pomiędzy Watykanem a zamkiem św. Anioła). Wszystko świeże, bardzo krótka karta, codziennie zmieniana. Przykładowe ceny: lasagne 7 euro, ryż z pomidorami i mozarellą 7 euro, warzywa z pieca 6 euro, kieliszek wina chyba 4 euro.
Wieczorem poszłyśmy do La Prosciutteria (Via Della Panetteria, niedaleko fontanny di Trevi - rewelacyjne deski serów i wędlin, bardzo dobre wino, ale trudno dostać stolik, nam się udało tylko dlatego, że byłyśmy tam po 17 i dorwałyśmy ostatni wolny, potem do wejścia stała kolejka;) ). Polecam "mix plate" - deska serów, wędlin, kanapek z różnymi pastami (tapenada, coś z cebulki i coś w stylu twarożku ze śmietaną), do tego pieczyw, jakieś rodzynki, plastry gruszki itp. Cena zależy od rozmiaru i ilości osób, średni talerz to 10 euro od osoby. Najtańsze wino 9 euro za butelkę.
Drugi lunch wypadł w knajpie blisko Forum Romanum, nazwy niestety nie zapamiętałam, to była taka typowa restauracja turystyczna (makarony ok. 10 euro, porcje dość małe, ale smaczne, herbata 6 euro, tego typu klimaty).
Potem kolacja na Trastevere w Cajo&Gajo (Piazza San Callisto). Pizza ok. 9 euro, risotto 9-10 euro, karczoch 4,5 euro, kieliszek wina domowego chyba też 4,5. Mięsne dania odpowiednio droższe. Jedzenie dobre - najlepiej wyglądała pizza.
I na koniec Enoteca Provincia Romana - vis a vis kolumny Trajana, mała knajpka o ascetycznym nowoczesnym wystroju, promująca lokalne wina (głównie z Lacjum) i sery oraz wędliny. Ciche i spokojne miejsce, ale bardzo mi się podobało. Deska serów i wędlin 10 euro, większość win 7,5 euro za półlitrową karafkę (odpowiednio chyba 12,5 euro za butelkę).
Jeśli chodzi o lodziarnie, na miejscu polecano nam sieć Blue Ice, ale nie dotarłyśmy tam - w centrum jest kilka lokali, dość łatwo je znaleźć, my mijałyśmy ich lodziarnie parę razy.
Największy problem miałam ze znalezieniem bezglutenowych śniadań - wszędzie można dorwać drożdżówkę, ciastko, panini... i to w zasadzie tyle. Normalne jedzenie zaczyna się dopiero później. Gdzieś dorwałam bakłażana z pomidorami i mozarellą, ale wybór śniadań dla osób na diecie bezglutenowej zdecydowanie nie powala. 

Inne ceny:
- bilet na metro - 1,5 euro, ważny przez 100 minut
- pieczone kasztany - 5 euro za mały papierowy stożek napełniony kasztanami
- woda mineralna - jakieś 1 euro
- pocztówki - ok. 0,50 euro, znaczek 1 euro
- wspomnienia - bezcenne:)






Rzym - część II

Niedziela, 17.01.2015
trasa niedzielnego zwiedzania, część I
 Niedzielne zwiedzanie zaczęłyśmy od placu Wiktora Emanuela II, na którym znajduje się park i zamek. Pogoda niestety nam nie sprzyjała, lekko padał deszcz i było dość pochmurno, więc spacer po parku siłą rzeczy był dość krótki - tym bardziej, że miałyśmy bardzo ambitne plany na ten dzień (następnego dnia wcześnie rano musiałyśmy już wracać do domu).
 Z parku poszłyśmy do Santa Maria Maggiore (Bazylika Matki Bożej Śnieżnej), a następnie do Bazyliki Laterańskiej, która przez długi czas była siedzibą papieży, i do położonego obok Baptysterium Jana Chrzciciela.
Po części kościelnej nadszedł czas na część antyczną - ruszyłyśmy do Koloseum. Niezrażone długą kolejką do wejścia kupiłyśmy bilety (bilet upoważniał również do wstępu do Forum Romanum, ale nie zdążyłyśmy tam pójść, z zewnątrz też był zresztą świetny widok). Wcześniej miałam okazję widzieć Koloseum tylko z zewnątrz, więc bardzo mi zależało, żeby je zwiedzić od środka. I muszę przyznać, że nie żałuję czekania w kolejce w deszczu, było warto. Gdyby jeszcze tylko co 5 sekund nie zaczepiali nas uliczni sprzedawcy z hasłami: "Poncho, umbrella?" albo - moim ulubionym - "Selfie stick, madame?"... Jeśli ktoś się z tym wcześniej nie spotkał - selfie stick to taki teleskopowy kijek, na którym znajduje się specjalne umocowanie na smartfona. Turyści (głównie Azjaci, ale nie tylko) chodzą potem z tym smartfonem na kijku i robią sobie zdjęcia, unikając tym samym efektu zdjęcia "z ręki"; wygląda to dość komicznie, zwłaszcza przy najpopularniejszych atrakcjach, gdzie stoją dziesiątki ludzi z tymi kijkami i pozują.
Koloseum - przestało padać, ale słońce nadal nie wyszło
 Po zwiedzeniu Koloseum i rzuceniu okiem na Łuk Konstantyna Wielkiego nadszedł czas na lunch :) Skręciłyśmy w jedną z uliczek - niestety, wszystkie knajpy wokół były mocno turystyczne, czyli drogo i małe porcje. Na szczęście jedzenie nie było złe: moje risotto zjadliwe, a tagliatelle ponoć wręcz pyszne.
Pokrzepione posiłkiem (choć ja nadal trochę głodna) przeszłyśmy się wzdłuż Forum Romanum, a następnie wzdłuż Foro Traiano, docierając do Kolumny Trajana. Kolumna, poza tym, że jest ciekawa architektonicznie (wyrzeźbiono na niej sceny upamiętniające zwycięskie bitwy z Dakami), jest jednocześnie miejscem pochówku Trajana i jego żony (prochy umieszczono w cokole kolumny).
Forum Romanum
 Następnie, siłą rzeczy, skoro już byłyśmy na placu Weneckim, poszłyśmy zobaczyć Ołtarz Ojczyzny z pomnikiem Wiktora Emmanuela II i Grobem Nieznanego Żołnierza (ołtarz wzniesiono na ruinach świątyni Jowisza, co jest dość kontrowersyjne). Zaraz obok znajdował się Kapitol, więc po raz kolejny wdrapałyśmy się po schodach.
A później było już z górki, bo ruszyłyśmy w dół w stronę rzeki. Po drodze weszłyśmy do lodziarni, gdzie jak się okazało sprzedawcą był Polak. Kiedy usłyszał, że my też jesteśmy z Polski, wziął od nas mapę i zaznaczył na niej ciekawe miejsca, które jego zdaniem warto zwiedzić. Część z nich już widziałyśmy, na niektóre brakowało nam czasu, ale za jego radą poszerzyłyśmy trasę o kościół św. Sabiny (przy ulicy o tej samej nazwie) i coś, co określił jako "idźcie do końca via Santa Sabina i spójrzcie przez dziurkę od klucza".
Ruszyłyśmy więc w tym kierunku, po drodze oglądając ruiny Teatru Marcella i kościół Santa Maria in Cosmedin - niestety kościół tylko z zewnątrz, bo zobaczyłyśmy przed wejściem sporą grupkę ludzi i stwierdziłyśmy, że nie mamy czasu czekać. Szkoda, bo w kościele znajduje się ciekawa rzecz - Bocca della Verita (Usta Prawdy), czyli twarz ze szczeliną, w którą oskarżeni o przestępstwo musieli włożyć rękę. Jeśli kłamali, ponoć rzeźba odgryzała im dłoń. Ciekawa jestem, ilu kłamców w ten sposób namierzyli ;)
Bazylika Santa Sabina pochodzi z IV wieku, jest bardzo skromna i ascetyczna, ale warta zobaczenia. Idąc w stronę tajemniczej "dziurki od klucza" mijałysmy park. Weszłyśmy do środka, a tam niespodzianka - drzewa mandarynkowe obwieszone owocami. Wiem, że zimą jest sezon na cytrusy, ale mimo to owoce dojrzewające na drzewie w styczniu mnie zaskoczyły. Były jednak bardzo kwaśne ;)
Wreszcie dotarłyśmy do dziurki od klucza. Namierzenie jej nie było trudne - zobaczyłyśmy grupkę ludzi stojącą przed drzwiami i zaglądającą do środka. Oczywiście też zajrzałyśmy i naszym oczom ukazała się... Bazylika św. Piotra, widoczna w jakimś dziwnym prześwicie. Po powrocie do domu doczytałam, co to jest - brama prowadzi do ogrodów Zakonu Maltańskiego, w ogrodzie zaś znajduje się prześwit. Ogrody położone są na wzgórzu nad rzeką, dlatego bazyliki nic nie zasłania. Doczytałam też, że w ogrodzie nie rosły mandarynki, tylko gorzkie pomarańcze ;)
niedzielne zwiedzanie, część II
 Powoli robiłyśmy się znowu głodne, więc ruszyłyśmy w stronę Trastevere (Zatybrza), bo wcześniej słyszałam, że jest tam dużo fajnych knajpek. Po drodze przeszłyśmy przez wyspę na rzece Mostem Fabrycznym. Pokręciłyśmy się po Zatybrzu, które ma klimat małego włoskiego miasteczka - wąskie uliczki, skutery, ogródki na balkonach.
widok na wyspę i Most Fabryczny
 Usiadłyśmy w Cajo&Gajo blisko kościoło Santa Maria in Trastevere. Jedzenie bardzo dobre - pizza z bakłażanem i cukinią, którą zamówiły dziewczyny, wyglądała przepysznie, ja skusiłam się na risotto z parmezanem i szparagami (bardzo dobre, choć porcja znowu niewielka) i karczocha po żydowsku (Carciofi alla giudìa), który był smażony w głębokim tłuszczu, a smak określiłabym jako chipsy z karczocha, interesujące :) (knajpy również opiszę w osobnym poście).
karczoch po żydowsku
Później poszłyśmy pod kościół Santa Maria in Trastevere, przepięknie oświetlony (niestety już zamknięty, bo było późno) i mostem Garibaldiego wróciłyśmy na drugą stronę rzeki. Przeszłyśmy koło Area Sacra, jest to teren wykopalisk, w których odkryto ruiny czterech świątyń, a na ich terenie zamieszkało mnóstwo kotów, więc jest to jednocześnie zabytek i coś w rodzaju schroniska dla kotów.
Wróciłyśmy pod Kolumnę Trajana, gdyż przed wyjazdem czytałam, że jest tam fajna winiarnia (Enoteca Provincia Romana). Miałyśmy duży problem, żeby ją znaleźć, mimo że stałyśmy tuż obok - znajduje się dokładnie vis a vis kolumny ;) Winiarnia ma bardzo ascetyczny, prosty i nowoczesny wystrój, ja akurat lubię takie klimaty. Powstała, żeby promować lokalne wyroby: głównie wino z Lacjum, ale też sery, wędliny itp. Białe wino z Lacjum, które zamówiłyśmy, żeby miło zakończyć wieczór, rzeczywiście było bardzo dobre, delikatne w smaku.
Enoteca; na zdjęciu tego nie widać, ale miałyśmy tuż przed nosem Kolumnę Trajana i Forum Traianum.
 Posiedziałyśmy tam chwilę, ale zmęczenie i ból stóp po całodziennym maratonie po mieście spowodowały, że postanowiłyśmy wracać do hotelu (zwłaszcza, że zrobiło się już dość późno i chyba byłyśmy ostatnimi gośćmi w knajpie).
Przeszłyśmy jeszcze obok Santa Maria Maggiore, przepięknie oświetlonej w nocy, i położyłyśmy się spać - o 5:30 rano miałyśmy już niestety autobus na lotnisko.
Nie obyło się jednak bez przygód - co prawda autobus przyjechał o czasie (znowu miałyśmy kupione bilety na SITbus), ale dalej było gorzej. Wywołano nasz lot, wsiadłyśmy do busa mającego nas zawieźć do samolotu, a tu w pewnym momencie przyszedł ktoś z obsługi i cofnął wszystkich z powrotem. Okazało sie, że z powodu mgły wstrzymano wszystkie loty. Jakieś pół godziny później nasz lot został jednak znowu wywołany, wsadzono nas do samolotu, gdzie... czekałyśmy kolejne półtorej godziny, aż mgła opadnie. Podobno i tak miałyśmy szczęście, że mimo opóźnionego wylotu wylądowałyśmy w Poznaniu, bo poprzedniego dnia z powodu mgły samoloty z kolei nie lądowały na Ławicy ;) Tym miłym akcentem skończyłyśmy weekendowy wypad - zmęczone, ale zadowolone.
W kolejnym poście - informacje praktyczne, bilety, hotele, dojazdy, ceny i knajpy:)



Veni, vidi, vici, czyli Rzym 16-19 stycznia 2015 (część I)

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią wrzucam relację z Rzymu. Ostatecznie pojechałyśmy w trzy, dołączyła do nas jeszcze jedna koleżanka.
W piątek wieczorem przyleciałyśmy na Ciampino, udało nam się od razu wsiąść w autobus na Termini (miałyśmy wcześniej kupione bilety na SITbus, bo miał dogodniejsze dla nas godziny połączeń niż Terravision) i po 22 byłyśmy w centrum. 
Hotel, który zarezerwowałyśmy, Romina Rooms, znajduje się przy samym Termini. Nie ma jednak swojej recepcji - na stronie internetowej napisane było, że recepcja jest wspólna dla Romina Rooms i dla hotelu Cortorillo, który znajduje się na sąsiedniej ulicy. Poszłyśmy więc tam. Pokazałam recepcjoniście wydruk rezerwacji, zapłaciłyśmy, a on... podał nam klucz do Cortorillo. Tłumaczę, że mamy rezerwację w Romina Rooms. W odpowiedzi usłyszałam: "Wiem, ale przyleciałyście późno, nie chce mi się Was o tej porze prowadzić Was do Romina, więc zakwaterowałem tam kogoś innego, a zamiast tego dostaniecie pokój tutaj. Z osobną łazienką. Ok?". Biorąc pod uwagę, że rezerwację robiłyśmy na pokój ze wspólną łazienką, odpowiedziałam, że jak najbardziej OK :) I był to dobry wybór, bo hotel jest czysty, pokój wygodny, a osobna łazienka zawsze stanowi plus.
Nie chcąc marnować więcej czasu, poszłyśmy zanurzyć się we włoskiej atmosferze, czyli innymi słowy napić się i coś zjeść. Znalazłyśmy całkiem przyjemną knajpkę, Taverna Italiana, napiłyśmy się wina i zjadłyśmy karczochy. Niestety, chwilę po północy zamykali, więc musiałyśmy się zbierać. Wychodząc, spotkałyśmy jeszcze Polkę mieszkającą od prawie 40 lat w Holandii, bardzo zresztą sympatyczną, która była tak zachwycona, że spotkała kogoś mówiącego po polsku, że wdała się z nami w pogawędkę. Po wymianie planów na zwiedzanie wróciłyśmy do hotelu, żeby się wyspać przed sobotnim zwiedzaniem.

Sobota - zwiedzania dzień pierwszy
mapka z zaznaczoną sobotnią trasą zwiedzania
 Jako że na 11 miałyśmy zarezerwowane zwiedzanie nekropolii pod Watykanem (w tym grobu św. Piotra), rano wsiadłyśmy w metro i pojechałyśmy do Watykanu (linia A w kierunku Battistini, wysiada się na stacji Ottaviano i później idzie prosto Via Ottaviano, podążając za tłumem;) ).
Z premedytacją zdecydowałyśmy wcześniej, że Muzea Watykańskie odpuszczamy i kiedy zobaczyłyśmy kolejkę po bilety, mogłyśmy tylko pogratulować sobie decyzji. Pokręciłyśmy się po
Placu św. Piotra, obejrzałyśm szopkę bożonarodzeniową i poszłyśmy zwiedzać.
Przed 11 stawiłyśmy się na miejscu zbiórki, podczas rezerwacji (szczegóły dotyczące rezewacji i innych kwestii technicznych zamieszczę w kolejnym poście) wybrałyśmy polskiego przewodnika. Naszą 10-osobową polską grupę oprowadzał ksiądz Bogdan, byłyśmy naprawdę zadowolone, bo bardzo ciekawie opowiadał. W tym miejscu, jeżeli ktoś nie jest nieprzekonany, muszę zaznaczyć, że sama jestem osobą niewierzącą, a mimo to wycieczka zrobiła na mnie duże wrażenie, miejsce ma ogromną wartość historyczną. Nie jest to typowa "pielgrzymka" i z całym przekonaniem polecam taką wycieczkę każdemu.
Robienie zdjęć w nekropolii jest niestety zakazane, więc nie mogę zilustrować tego fragmentu, ale byłam pod dużym wrażeniem. Pierwotna bazylika została wybudowana w IV wieku (potem postawiono tę, która stoi do dziś). W celu stworzenia bazyliki zasypano cmentarz, na którym chowano niegdyś bogatych Rzymian (wielu pochodzenia greckiego) i zbudowano bazylikę tak, aby główna kaplica znajdowała się nad grobem św. Piotra. Aż do 1939 roku nie wiedziano, że w tym miejscu był kiedyś cmentarz, dopiero po śmierci Piusa XI, który chciał być pochowany jak najbliżej św. Piotra, przypadkiem odkryto stare grobowce. Ksiądz oprowadził nas po podziemiach bazyliki, pokazał grobowce i wskazywał na różne elementy charakterystyczne świadczące o tym, skąd pochodziła osoba pochowana w danym miejscu i jakiego była wyznania. Zwieńczeniem wycieczki była wizyta przy grobie św. Piotra - o ile nie ma 100% pewności, czy rzeczywiście kości w nim się znajdujące są kośćmi św. Piotra (chociaż wszystko na to wskazuje), gdyż znaleziono je nie w głównym "pomieszczeniu" trumny, a w dobudowanym ołtarzu, o tyle nie ma wątpliwości, iż jest to jego grób (wiadomo też, że szczątki były na pewien czas przeniesione w inne miejsce, co może być przyczyną ich przesunięcia).
Później ksiądz oprowadził nas po kilku kaplicach w podziemiach, kto chciał, mógł się tam pomodlić.
Po wyjściu poszłyśmy zwiedzić samą bazylikę, widziałyśmy też zwierzęta wystawione na placu św. Piotra w małych klatkach (to chyba miało odzwierciedlać faunę stajenki w Betlejem) - to było okropne: klatki bardzo małe, wokół tłumy ludzi, widać, że zwierzęta się męczyły.
krowa na placu w Watykanie
 Później zdecydowałyśmy się coś zjeść. I tu strzał w 10 - niedaleko Watykanu znalazłyśmy małą knajpkę, Salento Salato, w której menu składało się dosłownie z kilku dań i było codziennie zmieniane (my miałyśmy do wyboru 2 focaccie, 2 inne słone wypieki z nadzieniem, lasagne, roladki z bakłażana w sosie pomidorowym z mozarellą, ryż z pomidorami i mozarellą, grillowane warzywa i bodajże kurczaka). Jedzenie pyszne, świeże i niedrogie, minimalistyczny wystrój, bardzo przyjemna atmosfera, a do posiłku podano, zdaniem mojej koleżanki, najlepsze pieczywo, jakie w życiu jadła :)
Salento salato
Najedzone, poszłyśmy obejrzeć położony na brzegu Tybru Zamek św. Anioła. Potem kawa dla nabrania sił;), następnie Campo de'i Fiori - plac nie zrobił na nas dobrego wrażenia, był strasznie brudny.
Kolejny plac, czyli Piazza Navona, wypadł zdecydowanie lepiej. W czasie gdy dziewczyny robiły zdjęcia fontann, ja próbowałam rozgryźć tajemnicę "lewitującego mnicha". Chodziłam dookoła niego i nie mogłam dojść do tego, w jaki sposób wisi w powietrzu (następnego dnia widziałam kolejnego lewitującego mnicha i rozgryzłam ich tajemnicę, ale nie będę psuć Wam zabawy i jej zdradzać;) ).
lewitujący mnich
 Później minęłyśmy Palazzo Madama i poszłyśmy zobaczyć Panteon. Niestety, miała właśnie zacząć się msza (?! tak przynajmniej zrozumiałam) i nikogo nie wpuszczali, więc obejrzałyśmy go z zewnątrz i tylko rzuciłyśmy okiem do środka. 
Następnie zwiedziłyśmy kościół św. Ignacego Loyoli i poszłyśmy w stronę Fontanny di Trevi. Wiedziałam, że jest remontowana i w związku z tym zasłonięta rusztowaniem, ale monetę wrzucić trzeba;) Na miejscu rzeczywiście nic nie widać, ale jest minifontanna z napisem "tu wrzucać monety". Cóż robić, wrzuciłyśmy i pozostaje tylko mieć nadzieję, że minifontanna ma taką samą moc sprawczą.
tak obecnie wygląda fontanna di Trevi
 Na tym zakończyłyśmy sobotnie zwiedzanie zabytków i przystąpiłyśmy do zaznajamiania się z Rzymem od kuchni - w Prosciutterii niedaleko fontanny, gdzie serwowali pyszne sery, wędliny i wina. Przy stoliku obok siedziały dwie Rosjanki, więc wieczór szybko przerodził się w słowiańską integrację we włoskim stylu:)
bo kuchnia jest ważnym elementem kultury i tożsamości narodowej;)
Ciąg dalszy nastąpi:)




środa, 26 listopada 2014

A przed Kambodżą... Rzym:)

Rozchorowałam się. Bywa. Korzystając więc z tego, że i tak siedzę w domu i się nudzę, postanowiłam poszukać informacji o Kambodży, żeby przygotować się do wyjazdu. W pewnym momencie pomyślałam, że do tego wyjazdu zostało jeszcze tyle czasu.... i kupiłam bilety do Rzymu na styczniowy weekend.
W Rzymie byłam raz, ale spędziłam tam tylko jedną noc (dosłownie noc, bo przyleciałam późnym wieczorem z Lampedusy a wcześnie rano miałam wylot do Warszawy), więc jakkolwiek w szaleńczym tempie starałam się wtedy zobaczyć jak najwięcej, czułam duży niedosyt.
Ryanair ma bardzo sensowne połączenia - wylatuję w piątek wieczorem, a do Poznania wracam w poniedziałek o 10:25, dzięki czemu spóźnię się do pracy jakieś 2 godzinki i nie muszę brać urlopu:) Co więcej, w styczniu bilety są dość tanie, co w połączeniu z temperaturą sięgającą wtedy kilkunastu stopni (i utrzymującą się na plusie przez całą dobę) przeważyło szalę. Niedługo zatem kolejna relacja!

Plusy ostatniego nocnego zwiedzania Rzymu - w nocy łatwiej zrobić zdjęcie, na którym w kadr nie wchodzą inni turyści;)

wtorek, 23 września 2014

A w planach - Kambodża:)

Ledwo wróciłam z poprzedniej podróży, a już myślę o kolejnej;) Tajlandia bardzo mi się spodobała, a przy okazji od kilku osób usłyszałam, że muszę zwiedzić Kambodżę, więc zapadła decyzja: szukam biletów do Bangkoku i stamtąd ruszę tym razem na wschód. W planach mam Siem Reap, jakąś wyspę, a nad resztą będę jeszcze myśleć.
I dziś, dzięki nieocenionemu fly4free.pl, udało mi się kupić bilety Warszawa-Bangkok w okazyjnej cenie. Okazyjna pewnie dlatego, żeto Aerofłot z przesiadką w Moskwie, ale ponoć same linie lotnicze trzymają poziom, a Moskwy się nie boję. W związku z tym już w marcu relacja z kolejnej podróży!

poniedziałek, 8 września 2014

Paryż - informacje praktyczne

Poniżej garść informacji praktycznych dotyczących wyjazdu: jak kupować bilety, gdzie jeść, jak poruszać się po mieście itp. Słowem - to, co warto wiedzieć przed wyjazdem:

1. Podróż do i z Beauvais
Do Paryża (a w zasadzie do Beauvais) leciałam samolotem linii WizzAir. To, co warto wiedzieć, to po pierwsze kwestia bagażu podręcznego. Mały bagaż podręczny można wziąć na pokład za darmo i tak właśnie zrobiłam (za duży bagaż podręczny trzeba dopłacić ok. 130 zł, a w przypadku, kiedy na lotnisku okaże się, że nasz bagaż przekracza dopuszczalne wymiary, dużo więcej). Ja podróżowałam po prostu z torebką - może nie "po prostu z torebką", bo moja torebka jest bardzo duża. Warto przed wyjazdem spakować się na próbę i zmierzyć wymiary bagażu (dopuszczalne wymiary widoczne na stronie linii lotniczych).

2. Dojazd z Beauvais do Paryża
Z Beauvais do Paryża można dojechać na kilka sposobów, trzy chyba najbardziej popularne to pociąg, autobus i zabranie się z kimś samochodem.
Jeśli chodzi o samochód, to na stronie będącej odpowiednikiem naszego "BlaBlaCar", czyli Covoiturage Paris, można sprawdzić, czy akurat tego dnia ktoś nie jedzie z Beauvais do Paryża (lub w drugą stronę) i nie chce za drobną opłatą (której wysokość również jest wskazana przy ofercie kierowcy) zabrać pasażera.
Niestety, nie udało mi się z tej oferty skorzystać, bo wszystkie oferowane przez kierowców miejsca były już zajęte. W związku z tym wybrałam najbardziej powszechną opcję, czyli autobus. Autobus odjeżdża z lotniska Beauvais na dworzec Porte Maillot w Paryżu 20 minut po przylocie każdego samolotu i 3 godziny przed odlotem każdego samolotu (na dworcu należy być 3 godziny i 15 minut przed planowaną godziną odlotu). Bilety można kupić na miejscu za 17 euro w jedną stronę lub przez internet, za 15,90 euro w jedną stronę - bilety autobusowe pod tym linkiem.
Trzecia opcja to pociąg, bilety są chyba o 2 euro tańsze, ale trzeba dojechać na dworzec, więc ostatecznie wcale nie wychodzi lepiej.

3. Noclegi w Paryżu
Noclegi w Paryżu do najtańszych niestety nie należą. My początkowo szukałyśmy ofert na booking.com, szukałyśmy też mieszkań lub pokoi do wynajęcia (między innymi na airbnb.com), myślałyśmy o couchsurfingu, ale potem dowiedziałyśmy się, że załapanie się na couchsurfing w Paryżu graniczy z cudem. Zależało nam na tym, żeby mieć zakwaterowanie niedaleko od centrum, a jednocześnie żeby standard był w miarę w porządku. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na hotel F1, w bardzo przystępnej cenie (39 euro za pokój za noc) - rezerwacje dostępne tutaj. Pokój w hotelu był bardzo czysty, codziennie zmieniano ręczniki. Jedyne, co nam się nie podobało, to zapach w toalecie (co jest jednak powszechnym problemem w Paryżu) i najbliższa okolica - najbliższa, bo, jak wspominałam w poprzednim poście, wystarczył króciótki spacer i już byłyśmy w zdecydowanie ładniejszej części Montmarte. Na stację metra też miałyśmy tylko 5 minut spacerem, a połączenia były całkiem niezłe.
tak wyglądał nasz pokój

4. Komunikacja publiczna
Po Paryżu najłatwiej poruszać się metrem, stacje są dobrze oznakowane. Z tego, co się zorientowałam, nie opłaca się kupowanie kart w stylu "Paris Visite". My chciałyśmy kupić kartę komunikacji publicznej Navigo, która - w opcji tyogdniowej - jest ważna od poniedziałku do niedzieli (byłyśmy w Paryżu od środy do niedzieli). Pan w kasie powiedział mi jednak, co wydaje mi się trochę dziwne i być może nie jest prawdą, tylko się nie dogadaliśmy, że karty Navigo są ważne od poniedziałku, więc można kupić je tylko w poniedziałki. I w środy ich nie sprzedają. W tej sytuacji zdecydowałyśmy się na zakup pakietu 10 biletów każda z nas (13,70 euro). Ostatecznie musiałśmy dokupić tylko po 1 bilecie ostatniego dnia, więc w sumie się nam to bardziej opłaciło. Ale też muszę przyznać, że bardzo dużo chodziłyśmy i unikałyśmy metra, w którym jest dość duszno i często nieprzyjemnie pachnie. Plusem metra jest to, że jeździ do dość późna - do 1:15 od niedzieli do czwartku i do 2:15 w piątki i soboty.
mapa metra jest bardzo czytelna

5. Bilety i wstęp do muzeów i innych atrakcji
Jeżeli chodzi o płatne atrakcje, zdecydowałyśmy się na kupno następujących biletów:
  • Muzeum Rodina i Muzeum d'Orsay - kupiłyśmy przez internet bilet łączony uprawniający do wstępu do obydwu muzeów, zapłaciłyśmy za niego, po doliczeniu opłaty manipulacyjnej 17,30 euro zamiast 21 euro i nie musiałyśmy stać w kolejkach (w muzeum d'Orsay jest osobne wejście dla posiadaczy biletów nabytych online, w muzeum Rodina po prostu minęłyśmy kolejkę i podeszłyśmy do kontrolera biletów, chcąc spytać, czy musimy czekać w kolejce, ale jak zobaczył te bilety, od razy machnął do nas ręką i nas wpuścił do środka) - bilety do kupienia tutaj
  • rejs barką po Sekwanie - też kupiłyśmy bilety przez internet, za wieczorny rejs zapłaciłyśmy 10 euro zamiast 14 (bilety tutaj). Bilet jest ważny przez rok od zakupu, można przyjść o dowolnej porze, a naprawdę warto zobaczyć Paryż nocą od strony Sekwany
  • katakumby - tu niestety nie było możliwości kupna biletu przez internet i musiałyśmy odstać swoje (tzn. godzinę i 40 minut) w kolejce. Bilety dla osób do 26 roku życia włącznie kosztują 8 euro, dla dorosłych 10 (zazwyczaj zniżka jest do 26. urodzin, a tu do 27.)
Pozostałe atrakcje, które wybrałyśmy (tzn. cmentarze i spacery;) ) były bezpłatne. W Paryżu generalnie jest całkiem sporo bezpłatnych atrakcji, płacić trzeba przede wszystkim za Luwr czy wieżę Eiffla. Darmowe wejście do muzeów jest możliwe w pierwszą niedzielę miesiąca, ale nawet nie chcę wiedzieć, jakie tam są wtedy kolejki;)

6. Jedzenie
Nie ma co ukrywać, knajpy w Paryżu do najtańszych nie należą. Jeżeli chodzi o tanie obiady, dobrą opcją są restauracje Flunch (dwie w Paryżu), w których płaci się za główną część posiłku, czyli mięso czy rybę, a także ew. za napoje inne niż woda, natomiast woda, ziemniaki, ryż i inne dodatki są dostępne po zapłaceniu w kolejnej sali za darmo. Słyszałam o Flunchach przed wyjazdem, ale jakoś nie udało mi się do nich dotrzeć, podobnie jak do stołówek uniwersyteckich (czyli CROUS), które są otwarte dla wszystkich i oefrują bardzo tanie posiłki.
Ja akurat nie jem pieczywa i makaronów, więc dobrym rozwiązaniem okazały się dla mnie azjatyckie ceny z jedzeniem na wagę (trzeba tylko mieć świadomość, że podana cena jest za 100 g, a sprzedawcy nakładają jedzenie do oporu;) - za ryż z krewetkami na ostro czy ryż z kurczakiem i warzywami płaciłam ok. 9 euro.
Kawa z mlekiem lub śmietanką w kawiarni kosztuje od ok. 2 do 5,50 euro (na takie przynajmniej trafiałam), czarna jest trochę tańsza. Cafe latte w Paryżu w zasadzie nie występuje, co było szczególnie bolesne dla mnie, gdyż z kawy najbardziej lubię mleko. Ale cefe creme też była zazwyczaj dość łagodna w smaku i całkiem niezła.
O dziwo, tym, co tanie i warte spróbowania w Paryżu, są... francuskie sery, które za granicą osiągają dość wysokie ceny. My zaopatrywałyśmy się w nie głównie w marketach Monoprix i chyba nigdy nie trafiłyśmy na ser, który by nam nie smakował. Jeśli chodzi o markety - odpowiednikiem naszej Biedronki jest Dia, są też Lidle, ale mają kiepskie zaopatrzenie, natomiast b. dobrze zaopatrzone są sklepy Monoprix właśnie (trochę jak nasz Piotr i Paweł).
Dobrym pomysłem na przekąskę jest sprzedawany w każdym minimarkecie tabouleh (czyli bliskowschodnia sałatka, która w wersji podstawowej składa się z kuskusu, oliwy, mięty i odrobiny warzyw, ale występuje w różnych odmianach), a także sałatki z bulguru czy soczewicy.
Jeżeli chodzi o napoje, to trudno dostać soki w mniejszych butelkach niż litrowa. Jest też dość ciężko o pitne jogurty.
Wino w sklepach jest dość tanie, natomiast przy sięgani po wino z najniższej półki cenowej lepiej wziąć czerwone (jest zazwyczaj lepsze jakościowo). W restaurajach wino domowe kosztuje ok. 7-9 euro za karafkę 250 ml.
Przykładowe ceny w sklepach:
4 musy owocowe - 1,25 euro (ale już 4-pak jogurtów 2-3 euro)
woda w butelce 0,5 l - 0,30-060 euro
kawałek sera francuskiego - 2-3 euro (czasem więcej, w zależności od wielkości)
butelka wina - najtańsze próbowałam za 1,50 euro, ale zdecydowanie nie polecam. Natomiast takie za 2,50 euro czasami już dawały radę
tabouleh - od 1,15 euro za duże opakowanie w Dia do 3 euro za  zwykłe opakowanie lepszej jakości (często w sklepie jest kilka rodzajów do wyboru), przeciętnie kosztuje ok. 2 euro
winogrona w Lidlu - 2 euro za 0,5 kg
najlepsze posiłki w Paryżu to pikniki w parku:)

Paryż 3-7 września 2014

Postanowiłam zakończyć wakacje wyjazdem do Paryża - znalazłam dość tanie bilety, namówiłam koleżankę i ruszyłyśmy w drogę. A teraz czas na relację:)

3 września
Nasz samolot wystartował z półgodzinnym opóźnieniem, ale po drodze trochę nadrobiliśmy - na Beauvais wylądowałyśmy ok. 14:10. Wsiadłyśmy w autobus do Paryża i przed 16 byłyśmy już na miejscu. Potem metrem pojechałyśmy do hotelu zostawić rzeczy. Metro paryskie jest bardzo dobrze oznakowane i nietrudno się w nim połapać. Można ściągnąć na komórkę aplikację z mapą metra, ponoć w punktach informacji turystycznej można też dostać tą mapkę za darmo - my akurat miałyśmy bardzo fajną mapę Paryża z oznaczonymi wszystkimi atrakcjami i z osobną mapą metra. Poza tym ściągnęłyśmy na telefon i iPada darmową aplikację "Metro Paris" - coś w stylu naszego jakdojade.pl. Co prawda aplikacja wymaga dostępu do internetu, ale zazwyczaj sprawdzałyśmy dojazd do atrakcji zaplanowanych na dany dzień w hotelu, gdzie miałyśmy darmowe wi-fi. Jedyny minus paryskiego metra to zapach i zaduch, ale i tak jest to najwygodniejszy rodzaj komunikacji publicznej w tym mieście.
Nasz hotel znajdował się na obrzeżach Montmartre (F1 Paris de Montmartre na rue du Docteur Babinski). W internercie czytałam wcześniej, że hotel znajduje się w nieciekawej okolicy, ale wystarczyło przejść jakieś 100-200 metrów i już byłyśmy na "właściwym" Montmartre, a pokoje były czyste, ręczniki codziennie zmieniane, miałyśmy dobry dojazd do centrum. Jedyny minus to toalety, które trochę śmierdziały, ale, jak później odkryłyśmy, to raczej standard w Paryżu (nawet w McDonald's toalety są znacznie brudniejsze niż w Polsce).
W hotelu zostawiłyśmy rzeczy i postanowiłyśmy tego dnia specjalnie się nie forsować, jeśli chodzi o zwiedzanie - wybrałyśmy spacer po Montmartre z Sacre Coeur jako punktem kulminacyjnym.
Montmarte jest bardzo ładną dzielnicą, klimatyczną. Sacre Coeur też całkiem mi się podobało. Nie bardzo można zwiedzać je od środka (chyba raz dziennie są msze, poza tym bazylika jest zamknięta), ale i tak największą atrakcją jest widok sprzed Sacre Coeur na całe miasto (bazylika położona jest na wzgórzu). Mnóstwo ludzi siedzi tam na schodach i na trawniku, pije wino lub piwo. Przez cały czas uliczni sprzedawcy proponują Heinekena, poza tym sprzedają też kiczowate miniaturowe wieże Eiffla i podróbki wszystkiego - towar trzymają na materiałowych płachtach, żeby w razie nalotu policji móc je zwinąć w tobołek i odejść, gdyż nie mają pozwolenia na handel. Zanim jednak dotarłyśmy do Sacre Coeur, postanowiłyśmy coś przekąsić. Jako że Paryż jest znany z pięknych parków, kupiłyśmy w markecie sery, wino i francuskie kiełbaski i usiadłyśmy w jednym z nich.
Po wizycie pod Sacre Coeur na zakończenie wieczoru poszłyśmy do knajpki coś jeszcze przekąsić i napić się wina. Wybrałyśmy restaurację troszkę oddaloną od Sacre Coeur, która zwróciła naszą uwagę, gdyż prawie wszystkie stoliki wystawione na zewnątrz były pełne Francuzów, więc założyłyśmy, że to dobry znak - nie myliłyśmy się, zarówno jedzenie, jak i wino były bardzo dobre.
Sacre Coeur

widok spod Sacre Coeur

piknikujemy w parku
 4 września
Następnego dnia postanowiłyśmy zwiedzić katakumby. Kiedy przed wyjazdem chciałam się czegoś dowiedzieć o tym miejscu, okazało się, że mało kto tam był (wiele osób odstraszyła kolejka).
Rzeczywiście, na wejście czekałyśmy ok. godzinę i 40 minut, ale było warto (poza tym czekanie w kolejce postanowiłyśmy umilić sobie winem). W katakumbach, które ciągną się pod miastem, znajdują się szczątki 6 milionów osób, które zostały tu przeniesione (głównie w XVIII i XIX wieku) ze wszystkich cmentarzy w Paryżu. Kości są złożonena stosy wzdłuż korytarzy, widok robi piorunujące wrażenie. Uważam, że to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie widziałam podczas tej wycieczki.
Po wyjściu z katakumb postanowiłyśmy pójść na cmentarz Montparnasse, który znajdował się zaraz obok. Wcześniej o nim nie słyszałyśmy, po prostu zobaczyłyśmy go na mapie. Okazało się, że jest on zdecydowanie wart zobaczenia. Poza niesamowitym klimatem i ogromną różnorodnością grobów (mój ulubiony to grób z ogromną futurystyczną rzeźbą przedstawiającą ptaka wykonanego ze szkła i metalu), znalazłyśmy tu miejsca pochówku wielu sławnych osób (m.in. Sartre, Beckett, Susan Sontag, Cortazar czy Serge Gainsbourg; nie mogłyśmy natomiast namierzyć grobu Belmondo, gdyż w miejscu, w którym powinien według mapy się znajdować, były dwa niepodpisane grobowce, ale kiedy chciałyśmy upewnić się wieczorem w internecie, który był właściwy, odkryłyśmy, że Belmondo... żyje, a to był grób jego ojca, bodaj znanego architekta;) ). Przy wejściu na cmentarz znajduje się duża mapa z zaznaczonymi grobami sławnych osób, poza tym można wziąć z wieszaka zalaminowaną mapę cmentarza na sznurku (co ułatwia jej noszenie).
Obok cmentarza znajduje się najwyższy budynek na Montparnasse, z którego podobno jest rewelacyjny widok na Paryż, ale kiedy usłyszałyśmy, że wjechanie na ostatnie piętro kosztuje 15 euro (czyli tyle, co za wieżę Eiffla), postanowiłyśmy sobie odpuścić - tym bardziej, że cierpię na lęk wysokości.
Zamiast tego kupiłyśmy sery, wino, konfiturę z fig i bagietkę i poszłyśmy na piknik do Ogrodu Luksemburskiego. Jest to wielki park z ławeczkami rozstawionymi wzdłuż alejek, placem zabaw dla dzieci, bosikiem do tenisa i koszykówki, a nawet placem do gry w bule). Poza tym w Ogrodzie znajduje się siedziba Senatu, muzeum, oranżeria i staw. Jest to miejsce, w którym dużo ludzi spędza popołudnia na świeżym powietrzu, uprawiając różne sporty albo po prostu siedząc w parku i czytając książkę lub rozmawiając z przyjaciółmi.
Wieczorem ponownie odwiedziłyśmy tą samą knajpę na Montmartre, co poprzedniego dnia - tak nam się spodobała.
cmentarz Montparnasse i dziwna rzeźba na nagrobku

katakumby - tak wyglądały całe korytarze

5 września
Kolejny dzień też postanowiłyśmy rozpocząć cmentarnym akcentem i pojechałyśmy na Pere-Lachaise. Odwiedziłyśmy większość grobów, które nas zainteresowały, ale pod koniec nie miałyśmy już sił - mimo że cmentarz nie wydaje się strasznie duży, trzeba się nachodzić, żeby wszystko zobaczyć. Widziałyśmy więc grób Chopina, Morrisona, Edith Piaf, Oscara Wilde'a i kilkanaście innych, w tym sekcję z grobami emigrantów z Polski oraz pomniki ku czci osób, które zginęły w obozach koncentracyjnych i groby (chyba symboliczne) upamiętniające ofiary różnych katastrof lotniczych. Grób Morrisona jest ogrodzony metalową barierką, co nie przeszkadza fanom przeskakiwać przez nią i zostawiać kwiatów i innych pamiątek. Drzewo obok jego groby zostało zabezpieczone matą, ponieważ fani odrywali z niego korę - teraz zamiast tego przyklejają do maty gumy do żucia. Z kolei gób Wilde'a został osłonięty szkłem, a na tafli zamieszczono prośbę od rodziny, żeby nie niszczyć grobu, bo rodzina sama płaci za jego renowację - ponoć wcześniej tu też fani szaleli.
Zwiedzanie Pere-Lachaise zajęło nam kilka godzin (z przerwą na lunch), więc wróciłyśmy do hotelu, żeby się zregenerować.
Kiedy już się śmiemniło, pojechałyśmy zobaczyć wieżę Eiffla. Przyznam, że byłam do tego trochę sceptycznie nastawiona, ale zmieniłam zdanie, kiedy zobaczyłam, jak rewelacyjnie wygląda podświetlona (jest podświetlona przez całą noc, natomiast po zmroku raz na godzinę włączane są migające światełka na całej wieży - to akurat moim zdaniem wyglądało kiczowato). Na wieżę nie wjechałyśmy (wspomniany już lęk wysokości), zamiast tego usiadłyśmy pod wieżą i otworzyłyśmy wino. Wokół było mnóstwo ludzi, świetny klimat - jedyna rzecz, która nas irytowała, to sprzedawcy próbujący nam co chwilę wcisnąć breloczki z wieżą Eiffla albo wino czy szampana. Zresztą złamałyśmy się i breloczki kupiłyśmy (od początku zresztą planowałam je przywieźć, bo chyba żadna pamiątka nie cieszy się taką sławą jak te kiczowate breloczki, sprzedawane wszędzie - zabawa polega na wytargowaniu jak najniższej ceny. My za 1 euro dostałyśmy 4 breloczki, co jest raczej przeciętnym wynikiem). Na kupno wina się nie zdecydowałyśmy, sprzedawca zażyczył sobie za nie 32 euro (później się dowiedziałyśmy, że kupują je w sklepie niedaleko wieży za 2 euro i odsprzedają z zyskiem, i to dość sporym;) ).
Na Polach Marsowych, ciągnących się przed wieżą Eiffla, siedziały setki ludzi, piły wino i się bawiły. My po pewnym czasie postanowiłyśmy ruszyć dalej, bo chciałam zobaczyć jeszcze Champs-Elysees. Zasugerowana nazwą myślałam, że Pola Elizejskie to kolejny park i bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam szeroką aleję. O tej porze było tam pusto i raczej nudno, więc wróciłyśmy do hotelu.
drzewo przy grobie Jima Morrisona

6 września
To był nasz ostatni pełny dzień w Paryżu, więc postanowiłyśmy go spędzić intensywnie. Najpierw pojechałyśmy do Muzeum D'Orsay, które mnie rozczarowało. O ile sam budynek jest piękny (muzeum mieści się w byłej hali dworca), to w środku owszem, jest mnóstwo znanych obrazów, ale są jakość słabo wyeksponowane, wiszą blisko siebie i są podpisane tylko po francusku. A czasem tytuł obrazu jest jednak kluczowy dla zrozumienia jego przekazu. Można było co prawda dostać audio przewodniki po angielsku (nie sprawdzałam, ale podejrzewam, że dodatkowo płatne), natomiast uważam, że umieszczenie podpisów pod obrazami po francusku i angielsku nie powinno stanowić dużego problemu. Poza tym w muzeum przeszkadzało mi trochę, że jest dość tłoczno, zwłaszcza na ostatnim piętrze - przepychanie się do obrazów nie jest dla mnie wymarzonym sposobem kontaktu ze sztuką. Podobały mi się za to rzeźby wystawione w głównej hali na dole, nie było tam też tak tłoczno.
Z Muzeum D'Orsay poszłyśmy do Muzeum Rodina (kupiłyśmy łączone bilety na obydwa muzea przez internet, dzięki czemu nie tylko zapłaciłyśmy mniej, ale też nie musiałyśmy stać w kolejce). To muzeum z kolei zrobiło na mnie świetne wrażenie. Część rzeźb znajduje się w głównym budynku, natomiast reszta jest rozstawiona w wielkim parku, w którym są też ławeczki, staw, a nawet drewniane leżaki, na których można się zrelaksować. Rzeźby podpisane są po polsku i po angielsku, a ponadto przy wejściu można sobie wziąć broszurkę informacyjną w obu językach z krótką biografią Rodina i opisem najważniejszych jego dzieł. W muzeum znajdują się również rzeźby autorstwa Camille Claduel, kochanki Rodina i genialnej rzeźbiarki o dość tragicznym życiorysie.
Następnie pojechałyśmy metrem na plac Bastylii i skierowałyśmy się do Marais, żeby trochę się pokręcić po dzielnicy. Są tam ciekawe (i w większości darmowe) muzea, ale niestety byłyśmy w Marais za późno, żeby wejść do któregokolwiek z nich. Pochodziłyśmy więc po uliczkach, usiadłyśmy gdzieś na kawę (co było o tyle trudne, że w większości knajp wszystkie stoliki - a przynajmniej te wystawione na zewnątrz - były już pozajmowane).
Później poszłyśmy na piechotę na Ile de la Cite - jedną z dwóch znajdujacych się obok siebie wysp w centrum Paryża. Na Ile de la Cite znajduje się m.in. katedra Notre Dame, którą obejrzałyśmy z zewnątrz. Później, kiedy akurat zaczęło się ściemnać, wybrałyśmy się na rejs barką. Płynęłyśmy przez godzinę dużą barką wycieczkową po Sekwanie, a przewodnik opowiadał o mijanych zabytkach. Jest to świetny sposób na spędzenie wieczoru, ponieważ po pierwsze, większość głównych atrakcji (czy symboli) Paryża znajduje się przy brzegach Sekwany, a po drugie, wieczorem wszystkie te budynki są przepięknie oświetlone. Po rejsie chciałyśmy pójść napić się wina na nabrzeżu wyspy, ponieważ widziałyśmy z barki, że siedzi tam mnóstwo ludzi (siedza po prostu na betonie, często słuchając muzyki i pijąc wino). Ostatecznie jednak nie dotarłyśmy tam, gdyż zatrzymałyśmy się na moście łączącym Ile de la Cite z drugą z wysp Ile Saint-Louis. Most jest zamknięty dla ruchu samochodowego, więc na środku stał jakiś chłopak, śpiewał i grał na gitarze, a wokół na krawężnikach siedzieli ludzie i słuchali go (często oczywiście pijąc przy tym wino - w Paryżu chyba nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych).
widok z Muzeum D'Orsay na Sekwanę

grafitti w Marais

rejs barką - zdjęcie zacumowanych na Sekwanie barek mieszkalnych

7 września
Tego dnia miałyśmy wylot z lotniska Beauvais o 14:05. Początkowo myślałam, że wcześniej zdążymy coś jeszcze zobaczyć (planowałam cmentarz Montmartre do "cmentarnego" kompletu), ale okazało się, że musimy być na dworcu autobusowym an Porte Maillot 3 godziny i 15 minut przed odlotem (autobus odjeżdża 3 godziny przed odlotem każdego samolotu), a na dworzec też musiałyśmy jeszcze dojechać. Poza tym cmetarz był otwarty dopiero od 9 rano. Skończyło się więc na tym, że w niedzielę nie zobaczyłyśmy już nic, tylko po śniadaniu ruszyłyśmy w drogę powrotną.

Co warto było zobaczyć?
Z mojego punktu widzenia katakumby (i to pomimo kolejki do wejścia), muzeum Rodina, cmentarze i rejs barką. Spacer pod wieżą Eiffla - koniecznie nocą (podobnie zresztą jak rejs barką). Jeżeli chodzi o katakumby, wywołały one u mnie mieszane uczucia (jeśli chodzi o ocenę samego pomysłu wystawiania milionów szkieletów na widok publiczny i w ogóle sam pomysł ekshumowania grobów i wrzucania wszystkich kości w jedno miejsce), natomiast uważam, że naprawdę warto pojechać tam i samemu wyrobić sobie opinię. Niezależnie bowiem od tego, co o tym myślimy - katakumby naprawdę robią wrażenie.
Odpuściłabym sobie kolejnym razem D'Orsay. W Luwrze nie byłam celowo, bo po pierwsze, miałyśmy już dwa inne muzea w planach, a po drugie, zwiedzanie Luwru to ponoć minimum cały dzień, a my przyjechałyśmy na zbyt krótko, żeby poświęcić na to tyle czasu. Żałuję za to, że nie byłam w żadnym z muzeów w Marais.

O kupowaniu biletów do muzeów i innych kwestiach praktycznych (gdzie jeść, jak podróżować itd.) napiszę w kolejnym poście.