Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangkok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangkok. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 marca 2016

Z powrotem w Bangkoku!

Wreszcie nadszedł ten dzień - z plecakiem ciężkim  jak nigdy przedtem (w końcu wyjeżdżam na kilka miesięcy) wsiadlam do samolot i rozpoczęłam podróż.  Lot co prawda nie należał do najbardziej komfortowych,  bo siedziałam w ostatnim rzędzie przy toalecie, a pozatym nie było cateringu,  ale biorąc pod uwagę,  że za 500 złotych miałam bilet na bezpośredni lot dreamlinerem, raczej nie mogę narzekać; )
Niestety,  przez cały lot nie zmrużyłam oka, więc kiedy rano wylądowaliśmy w Bangkoku, wiedziałam,  że to będzie ciężki dzień.  Na lotnisku kupiłam od razu kartę sim do telefonu,  żeby mieć wszędzie internet.  Co prawda prawie wszędzie jest darmowe wi-fi, ale planuję za 3 tygodnie przesiąść się na rower, więc wolę miec dostęp do internetu w każdym miejscu.  Karta do telefonu za 550baht w sieci AIS zapewnia 4,5 GB transferu danych przez miesią (i 50 baht do wykorzystania na rozmowy i smsy), czyli zupełnie wystarczająco.  
Na lotnisku wsiadłyśmy w kolejkę (airport city link) do centrum, a później w 5 osób (z moją przyjaciółką i trójką Polaków,  z którymi leciałyśmy samolotem) złapaliśmy tuk tuka, który teoretycznie był dwuosobowy, wiec jazda w piątkę z naszymi bagażami była sama w sobie przygodą.  
Pierwsza polowa dnia upłynęła nam na odsypianiu lotu,  ale po południu wsiadlysmy w łódkę i popłynęłyśmy do Chinatown- mekki smakoszy. Chinatown nie zawiodło, sataye z sosem orzechowym, sajgonki i kaczka w cynamonowej marynacie  pozwoliły nam zapomnieć o trudach podróży.  Postanowiłyśmy zobaczyć jeszcze flower market, a po drodze wejść na dworzec Hua Lompong, żebym kupiła bilet do Chiang Mai. Jadę tam dopiero za 2 tygodnie, ale bilety szybko się wyprzedają, zwłaszcza w tym okresie - dzień po moim planowanym przyjeździe zacznie się Songkran, czyli tajski Nowy Rok.  Songkran szczególnie hucznie jest obchodzony w Bangkoku i właśnie w Chiang Mai. I rzeczywiście,  z biletami był problem. Na wybrany przeze mnie termin anina kolejne 2 dni nie było już żadnych miejsc sypialnych ani nawet sensownych miejsc siedzących.  Zostały tylko miejsca siedzące w trzeciej klasie w nocnym pociągu,  który jedzie 14 godzin.  Czeka mnie więc niezwykle komfortowa podróż ;) Na pocieszenie czekały mnie za to piękne widoki na targu kwiatowym. Na kwiaty jest tu duży popyt, bo Tajowie składają je w świątyniach i kapliczkach domowych. Targ byl więc pełen ludzi i kwiatów w przeróżnych postaciach - bukietów,  girland, a nawet samych kielichów. Wyglądało to niesamowicie - zwłaszcza girlandy robiły wrażenie.
Następnego dnia wstalam wcześnie rano  wiec korzystając ze sprzyjającej temperatury poszłam pobiegać do parku obok pałacu królewskiego.  Spotkałam pojedyncze osoby, które wpadły na ten sam pomysł - zdecydowanie więcej ludzi decyduje się na uprawianie sportów po zmroku.
Następny dzień upłynął nam na zwiedzaniu Wat Mahathat (mniej znana świątynia niedaleko Grand Palące, bardzo klimatyczna), Wat Pho (Zuza zwiedzała, ja usiadłam z książką przy mrożonej herbacie jaśminowej, bo juz tam kiedyś byłam - ale uważam, że warto się tam wybrać, odsyłam do wpisu sprzed 2 lat) i Wat Saket na Golden Mount - jednej z moich ulubionych świątyń, którą odwiedziłam po raz kolejny. Golden Mount to świątynia wybudowana na wzgórzu powstałym z gruzów stupy postawionej przez Ramę III, która przewróciła się wskutek erozji gleby. W zasadzie świątynia nazywa się Wat Saket, a Golden Mount to nazwa wzgórza, ale ono całe stało się poniekąd obiektem sakralnym, znajdują się na nim gongi, dzwony, posągi buddy i pomnik / instalacja upamiętniająca fakt, ze podczas epidemii cholery składowano tu zwłoki.
Popołudnie przeznaczamy na relaks w Parku Lumphini. Niestety, nie udaje nam się spotkać waranów, które żyją tam na wolności, ale rano widziałyśmy jednego na ulicy, więc tę atrakcję mamy zaliczoną. Odwiedzamy też Erawan Shrine (Kapliczkę Słonia Erawan?), w której Tajowie modlą się i składają dary: kadzidła, owoce, monety, kwiaty i figurki słonia. Można też zapłacić pracującym tam kobietom, żeby śpiewały, podczas gdy my się modlimy. Ta usługa cieszy się sporym zainteresowaniem. Erawan Shrine robi niesamowite wrażenie również dlatego, że znajduje się w bogatej dzielnicy miasta, przy samym centrum handlowym ze sklepami Louisa Vuittona czy Stelli McCartney. Zderzenie tych dwóch światów robi piorunujące wrażenie.
Na zakończenie dnia zaliczamy jeszcze atrakcje w postaci przejażdżki SkyTrainem, bo chemy zobaczyć miasto z góry. Niestety, w oknach wagonów odbija się światło, więc za wiele nie widzimy ;)
Początkowy plan zakładał, że po 2 dniach w Bangkoku pojedziemy na trekking do Parku Narodowego Khao Yai, a stamtąd do Ayutthai. Plany mają jednak to do siebie, że lubią się zmieniać. Dochodzimy do wniosku, że trekking z naszymi ciężkimi plecakami po ostatnich 2 dniach spędzonych na intensywnym chodzeniu po mieście niekoniecznie nas uszczęśliwi. Zamiast tego decydujemy się zostac dzień dłużej w Bangkoku, a potem pojechać na 1 noc do Kanchanaburi o stamtąd do Ayutthai.
Następny dzień Zuza przeznacza na zwiedzanie Grand Palace, a ja na nadrabianie zaległości w lekturach. W Pałacu Królewskim nigdy nie byłam, ale jakoś mnie tam nie ciągnie, głównie z uwagi na tłum turystów i hałas (nadawane przez megafon komunikaty dla zwiedzających działają na mnie odstraszająco). Kupuje więc na pobliskim straganie szejka z mango i bananów, siadam w hostelowym ogródku na macie, otwieram reportaż Tiziano Terzaniego o Azji i czuję się całkiem zadowolona :)

poniedziałek, 4 maja 2015

Kambodża - Warszawa z przystankiem w Bangkoku i przygodami 9-12.04.2015

Po godzinie od wypłynięcia z Koh Rong Samloem trafiamy do portu w Sihanoukville. Tym razem podróż nie była szczególnie komfortowa, bo z uwagi na wysokie fale wszystkie okna w łodzi były zasłonięte (zazwyczaj przestrzeń między daszkiem a burtą jest otwarta, teraz rozpięli tam jakieś foliowe okna), więc na pokładzie jest strasznie duszno, a poza tym trzęsie i niektórzy pasażerowie mają objawy choroby morskiej.
Dopływamy na miejsce ok. 18 i próbujemy złapać tuktuka do hostelu. Mamy zarezerwowane łóżka w dormitorium w Backpacker Heaven, hostelu z niezłymi opiniami i z basenem. Kierowcy proponują nam kurs za 6$, bo to daleko, ale twardo mówimy, że więcej niż 3 dolary nie możemy zapłacić i że najwyżej będziemy iść na piechotę. No i oczywiście w końcu któryś się łamie i zawozi nas za naszą stawkę. A pieszo oczywiście byśmy nie szli, bo to jakieś 8-9 kilometrów i głównie pod górkę ;) Przyjeżdżamy na miejsce, meldujemy się i zostawiamy bagaże w pokoju. Basen okazuje się średnią atrakcją, bo w hostelu jest właśnie jakaś wycieczka na oko 11-latków i w basenie nie ma już miejsca dla nikogo innego, poza tym tak wrzeszczą, że można ogłuchnąć. Idziemy więc do miasta na kolację, musimy też kupić bilety do Bangkoku i zrobić zakupy na drogę.
napis w hostelowej  toalecie przypominający o słabej kanalizacji w Kambodży
 Standardowo okazuje się, że mieszkamy w pobliżu klubów go-go i knajp typowo turystycznych, ale w jednej z nich dostajemy całkiem niezły amok. Kupujemy bilety na rano. Jest też autobus nocny, chcemy początkowo nim jechać, ale wszystkie miejsca na następny wieczór są zarezerwowane, a gdybyśmy chcieli zostać jeszcze dzień dłużej, nie zdążyłabym na samolot. Kursy nocne obsługuje tylko jeden przewoźnik, na dziennych kursuje dwóch. Bilety do Bangkoku kosztują 30$ i nie bardzo daje się targować. W trasie się rozdzielimy - ja mam samolot powrotny 12 kwietnia, reszta zostaje 3 dni dłużej, więc wysiądą po drodze w Trat i pojadą na Koh Chang.
Rano wymeldowujemy się z hostelu, na dole pod wejściem stoi kierowca tuktuka i pyta dokąd. Mówimy, że do Bangkoku, on kiwa głową, że tak, że on na nas czeka (mieliśmy dowóz na dworzec w cenie biletu). Zawozi na dworzec autobusowy, gdzie jednak stwierdza, że mamy mu zapłacić. Oczywiście nie płacimy, mówimy, że kurs miał być opłacony. Jak chciał nas oszukać, to mu się nie udało. Nie wiemy, czy to był nasz tuktuk, a kierowca chciał skasować za kurs podwójnie, czy też inny podjechał i udawał, że czeka właśnie na nas. Skoro jednak mieliśmy jechać za darmo, to płacić nie będziemy - tym bardziej, że mieszkamy tak blisko dworca, że równie dobrze mogliśmy iść pieszo.
Autokar długo nie podjeżdża, umówiona 8:30 dawno minęła. Kiedy wreszcie się pojawia (już z pasażerami na pokładzie), zaczynają się jakieś negocjacje. Już myślimy, że zabraknie dla nas miejsc, ale nie - jednak wsiadamy. Znajdujemy nawet ostatnie wolne miejsca z tyłu z dużą ilością przestrzeni na nogi, choć nieco trudno jest upchnąć łokcie, bo siedzenia są wąskie. Nasza radość nie trwa jednak długo - okazuje się, że to nie jest docelowo miejsce na nogi, ale na... dodatkowy rząd siedzisk, które zostają rozłożone na stopniu przed nami. Cóż, jak podróżować, to z rozmachem. Siadamy na tych dodatkowych siedziskach, bo wskutek ich rozłożenia na normalnych fotelach nie ma już w ogóle miejsca na wciśnięcie nóg. Po jakimś czasie proszę kierowcę o postój na toaletę. Autobus od razu się zatrzymuje, tyle że przy drodze, gdzie rośnie kilka rachitycznych krzaczków. Ale zdaje się, że nie mamy wyboru. Po postoju wsiadamy z powrotem do autobusu, który po dosłownie pięciu minutach znowu się zatrzymuje - tym razem na planowanym przystanku z knajpą i toaletami. Szkoda, że nikt nam o tym nie powiedział wcześniej ;) Kiedy stoimy, do kierowcy podchodzi jakiś turysta i pyta, czy ma wolne miejsce do granicy. Po odpowiedzi, że tak, jasne, miejsca są, chłopak kupuje bilet. Wygląda na nieco zdziwionego, kiedy wchodzi na pokład, a kierowca wyciąga dla niego plastikowy taboret i stawia w przejściu :)
na początku autokar wydawał się dość pusty i wygodny...
W końcu dojeżdżamy do Koh Kong, gdzie zostajemy wysadzeni i pieszo pokonujemy przejście graniczne. Dostajemy pozwolenie na pobyt na 15 dni (miesięczna wersja obowiązuje tylko przy przekroczeniu granicy tajskiej drogą lotniczą) i szukamy autobusu, w który mamy wsiąść. Okazuje się, że jednak nie będziemy dalej jechać razem, chociaż Trat jest po drodze do Bangkoku, tylko zostajemy wsadzeni w osobne minibusy. Żegnamy się więc i rozdzielamy. Na szczęście w autokarze poznałam Polkę z kilkuletnim synem, która też jedzie do Bangkoku, więc zapada decyzja - ruszamy razem. I całe szczęście, bo w przeciwnym razie bym się zanudziła w trasie. Do Bangkoku dojeżdżamy o 23:30, a więc po prawie 16 godzinach od wyjścia z hostelu. Zmęczeni, obolali (w minibusie nie śpi się najwygodniej), a tu trzeba jeszcze znaleźć hostel. Autobus zatrzymuje się przy Khao San Road, więc teoretycznie znalezienie noclegu nie powinno być trudne. Teoretycznie - bo mamy piątkową noc, a od poniedziałku zaczyna się Songkran, czyli tajski Nowy Rok, więc do miasta zjechały się tłumy. Wszystkie hostele są albo pełne, albo za drogie, albo też oferują nam tak tragiczne warunki, że lepiej spać w parku. I w sumie z takim nastawieniem ruszamy w stronę Flapping Duck, które oczywiście jest już zamknięte, a właściciel imprezuje w mieście. Trudno - rozkładamy się na leżakach w ogródku i stwierdzamy, że na niego czekamy, a jak się nie doczekamy, to śpimy na zewnątrz. Organizujemy jeszcze piwo i odpoczywamy po podróży. Po 3 w nocy właściciel się pojawia. O dziwo, ma wolny pokój dwuosobowy na parterze. Bierzemy :)
I tym sposobem nadchodzi mój ostatni dzień w Bangkoku, bo w poniedziałek rano mam samolot. Początkowo plan był ambitny: zakupy, ostatnie zwiedzanie, masaż, manicure i pedicure, żeby doprowadzić się do porządku i chociaż częściowo usunąć z siebie podróżny brud (a przy okazji zrobić to dużo taniej niż w Polsce). Po ponad dwóch tygodniach spędzonych na chodzeniu i jeżdżeniu skuterami czy rowerami w kamodżańskim pyle mogą mnie w domu nie rozpoznać. Jak to jednak zwykle bywa, plany zostają zweryfikowane w ciągu dnia. Zwycięża lenistwo i kończy się na spacerze po okolicy i owocowych shake'ach w ogródku. Po południu idziemy tylko na Wet Market, bo muszę zrobić zakupy przed powrotem. Cięższa o 2 kilogramy sticky rice oraz wór przypraw i słodyczy wracam do hostelu.

Wet Market i najbardziej interesująca sekcja z wodnymi stworzeniami


Robimy kolację, a potem idziemy na Ram Buttri, żeby kupić dla mnie bilet na poranny autobus na lotnisko (normalnie bilety można kupić w hostelu, ale z uwagi na fakt, że zaczyna się Songkran i wielu przewoźników nie pracuje, tym razem jest to niemożliwe). Po drodze wygłupiamy się w parku, skaczę z murka i czuję, że japonki nieszczególnie zamortyzowały skok. Myślę sobie: trudno, zaraz to rozchodzę. Ścigamy się więc po parku, potem kupujemy bilet i zaczynamy biec z powrotem. W pewnym momencie stwierdzam, że dalej chyba nie pobiegnę. Kulejąc, wracam do hostelu, gdzie otwieramy piwo i siadamy na leżakach.
relaks we Flapping Duck

Po jakimś czasie czuję, że jest coraz gorzej. Najgorsze jednak jest to, że istnieje spore ryzyko, że nie zdążę pojechać do szpitala - do odjazdu busa na lotnisko zostało niecałe 6 godzin, a ja nawet nie jestem spakowana. Wściekła na samą siebie uświadamiam sobie, że kupując bilety lotnicze, zrezygnowałam z opcji możliwości zmiany daty wylotu w nagłych przypadkach zdrowotnych ("płacić 60 złotych za coś takiego?! a co mi się może stać?"). Nie wiem, czy moje ubezpieczenie podróżne obejmuje koszt przebukowania biletu w takich sytuacjach, a na infolinię nie mam po co dzwonić - jest środek nocy z soboty na niedzielę. Pozostaje jedno wyjście. Dzwonię do rodziców i proszę, żeby zadzwonili do linii lotniczych i załatwili mi wózek inwalidzki na lotnisko, bo nie mogę nawet stanąć na prawej stopie. Tata wysyła maila do Aerofłotu (ja nie znam rosyjskiego, wolę nie ryzykować, że ktoś mnie nie zrozumie, a czasu jest mało). Na domiar złego zaczyna się burza. Siedzimy jednak z uporem w ogródku pod parasolem, wychodząc z założenia, że jak nie pójdę spać teraz, to przynajmniej prześpię podróż.
Rano nafaszerowana tabletkami przeciwbólowymi kicam na autobus (na szczęście umówiłam się, że odbiorą mnie z Ram Buttri, bardzo blisko hostelu). Wsiadam do miniusa z nogą przewiązaną małym kawałkiem bandaża - kierowca rozumie jednak, że nie czuję się najlepiej, bo organizuje mi dodatkowe miejsce na nogi, ręczniczek pod stopę, a na lotnisku podsuwa mi wózek na bagaż, na którym mogę się oprzeć. Przy punkcie odprawy już czeka na mnie pracownik lotniska z wózkiem inwalidzkim, więc pod tym względem absolutnie nie mogę narzekać. Zawozi mnie do samolotu, po drodze zahaczając jeszcze o kantor (wymiana bahtów na złotówki w Polsce nie jest najlepszym pomysłem, nie jestem nawet pewna, czy gdzieś jest to możliwe). Podróż w tym stanie jest dość męcząca, nawet ryż z krewetkami i sałatka z krewetek i pomidorów nie na długo poprawiają mi humor. W Moskwie też podstawiają dla mnie wózek inwalidzki, podobnie w Warszawie. Potem wsiadam do taksówki i jadę do szpitala, gdzie po 6 godzinach czekania dowiaduję się, że mam złamaną nogę i czeka mnie sześć tygodni w gipsie. Tym mocnym akcentem kończę urlop ;)
Wyciągam z niego jedną nauczkę - nigdy nie oszczędzać na opcji przebukowania biletów lotniczych i dokładnie czytać warunki polisy ubezpieczeniowej (po dziś dzień nie jestem pewna, czy moja polisa obejmuje takie sytuacje, ale mam dziwne przeczucie, że jednak nie).

czwartek, 16 kwietnia 2015

Podróż Bangkok - Siem Reap 27.03.2014

Jest kilka sposobów, żeby dotrzeć z Bangkoku do Siem Reap - my zdecydowaliśmy się na wersję low budget, czyli pociąg do granicy, potem tuktuk i autobus.
O 5 rano złapaliśmy tuk tuka, który zawiózł nas na dworzec Hua Lamphong (tutaj też uwaga techniczna jeśli chodzi o pisownie: większość nazw własnych jest często zapisywana na różne sposoby, więc możecie ten dworzec znaleźć pod nazwą  Hualamphong i pewnie pod kilkoma innymi też ;) ).
Pociągi do granicy (a właściwie do Aranyaprathet, 10 km przed granicą) jeżdżą 2 razy na dobę: o 5:55 i po 13, przy czym z uwagi na fakt, że granica jest zamykana na noc, lepiej zdecydować się na ten wcześniejszy, bo później można nie zdążyć. Tak też zrobiliśmy. Kupiliśmy bilety za całe 48 baht od osoby i poszliśmy jeszcze poszukać czegoś na śniadanie. Za dworcem znaleźliśmy czynny stragan z jedzeniem, gdzie dostaliśmy całkiem niezły ryż z warzywami i kawę mrożoną, kupiliśmy też owoce na drogę. Owoce zazwyczaj są sprzedawane podzielone na porcje, spakowane do woreczków i z patyczkiem do szaszłyka, żeby można je było wygodnie jeść. Całkiem sprytny patent.
Pociąg ma tylko wagony 3. klasy, ale na początku wydawało się, że będzie nieźle - ławki 1 i 2 osobowe, poustawiane naprzeciwko siebie, otwarte okna dające przewiew. Potem zrozumieliśmy, że byliśmy w błędzie: na ławce, która w Europie byłaby 1-osobowa tu jechały 2 osoby, a na szerszej - 3 ;)

Pociąg, jeszcze jest dość pusto
  Na szczęście komplet miejsc zajęty był tylko przez kawałek podróży, w pozostałym czasie można było wygodnie usiąść. Drzwi od pociągu były otwarte przez całą drogę, zakaz siedzenia na schodach miał charakter dość umowny - można było spokojnie przysiąść i podziwiać widoki. Po drodze co chwilę ktoś sprzedawał coś do jedzenia lub picia: napoje z puszki, ryż z mięsem i jajkiem (skusiłam sie, ale nie powalał), kolby kukurydzy z grilla... A widoki za oknem przepiękne. To znaczy przepiękne od momentu, gdy wyjechaliśmy już z Bangkoku i przestaliśmy mijać leżące wzdłuż torów stosy śmieci. Do Aranyaprathet mieliśmy dojechać o 11:35. Wiedząc, że czeka nas długa droga, zaopatrzyliśmy się jeszcze na lotnisku w alkohol i dzięki temu jazda pociągiem minęła szybciej. Oczywiście o 11:35 stacji docelowej nie było widać. Ale już 2 godziny później pojawiła się na horyzoncie. W międzyczasie zakumplowałam się z jakimiś dzieciakami jadącymi w sąsiednim wagonie, zapozowałam do niezliczonej ilości zdjęć. 3-latka całkiem profesjonalnie pstrykała mi fotki smartfonem większym od mojego ;)

widok z okna pociągu
 A Aranyaprathet złapaliśmy tuktuka do przejścia granicznego w Poi Pet. Generalnie w Tajlandii zasada jest taka, że wszystkie dworce / stacje / inne punkty istotne dla turystów zorganizowane są tak, żeby trzeba było do nich podjechać tuktukiem lub taksówką. Pociąg nie dojeżdża więc do samej granicy, tylko zatrzymuje się 10 kilometrów przed nią.
Na granicy tuktuk nas wysadził, a my poszliśmy przejść kontrolę paszportową. Od października 2014 wiza kosztuje 30 $, można ją wyrobić również przez internet za dodatkową opłatą w wysokości 10 $ (tzn. oficjalnie 7 $, ale doliczają jeszcze 3 $ za przelew). Przed wyjazdem słyszałam, że powszechną praktyką jest wymuszanie łapówki w wysokości 200 baht za wizę - ale nie wiem, jak to wygląda w praktyce, bo przy e-wizie nie mają jak jej wymusić ;) W punkcie kontrolnym mimo posiadania wizy i tak musieliśmy wypełnić dodatkowy formularz (imię, nazwisko, cel podróży itp.), po czym celnik zeskanował nasze odciski palców i nas przepuścił.
Po wszystkim poszliśmy coś zjeść zanim złapiemy autobus. Słyszeliśmy, że w Poi Pet jest dworzec autobusowy, więc poszliśmy go szukać. Na samej granicy były co prawda bezpłatne shuttle bus na dworzec, ale oddaliliśmy się trochę w poszukiwaniu jedzenia, więc stwierdziliśmy, że poszukamy dworca na piechotę. No i nie znaleźliśmy. Widzieliśmy co prawda kilka autobusów zaparkowanych wzdłuż głównej ulicy, ale dworca ani śladu. Cóż, może źle szukaliśmy. W pewnym momencie, po przejściu sporej odległości, zatrzymaliśmy więc po prostu jakiś autobus z tabliczką "Siem Reap". Kierowca za 10 dolarów od osoby zabrał nas na pokład.
Tym sposobem po 18 znaleźliśmy się w Siem Reap. Zjedliśmy obiad w restauracji i zrobiliśmy zakupy w podróbce 7 eleven. Znaleźliśmy jakiś lokalny specyfik nazywany winem ryżowym w zawrotnej cenie 1,50 $ za 0,5 litra. Potem okazało się, że zawrotna jest też moc tego "wina" - 55%. I smakowało jak ocet. Generalnie nie polecamy ;)
Potem złapaliśmy tuktuka do naszego guesthouse'u. I tutaj pojawił się mały problem: w Azji kierowcy nie potrafią czytać map. Mieliśmy wydrukowaną nazwę naszego guesthouse'u i mapkę z zaznaczonym miejscem, w którym się znajduje, a także numer telefonu. Niewiele to dało. Po wytargowaniu 3 dolarów za przejazd kierowca ruszył przed siebie. Dopiero później próbował dowiedzieć się, dokąd w zasadzie ma jechać. Kiedy ustalił, gdzie jest nasz nocleg, był trochę zdziwiony (zarezerwowaliśmy pokój 7 kilometrów za miastem, co wraźnie było widać na mapie). Próbował podnieść cenę do 5 dolarów. W końcu zgodziliśmy się na 4 i ruszyliśmy.
Rezerwację zrobiliśmy w Angkor Voluntary Guesthouse (nie ma ich na booking.com ani na agoda, mają swoją stronę internetową tylko). Początkowo przyjmowali tam tylko wolontariuszy, którzy przyjeżdżali pracować w jednym z licznych NGO'sów w Siem Reap, ale potem poszerzyli ofertę o turystów. Tym sposobem udało nam się zarezerwować ogromny 4-osobowy pokój z łazienką za 9 dolarów za noc (i tylko ciśnienie wody w toalecie pozostawiało trochę do życzenia). Na miejscu okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi :) Przy wejściu do guesthouse'u znajduje się lokalny targ (Svay Thom Market), a na nim stragany i wózki z jedzeniem, w których asortyment zmienia się w zależności od pory dnia.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Kambodża (i kawałek Tajlandii) - czas start! Warszawa-Moskwa-Bangkok 25-26.03.2015

Po pół roku wyczekiwania i planowania (bilety były kupowane z dużym wyprzedzeniem) 25 marca wsiedliśmy do samolotu i ruszyliśmy.
Wcześniej widziałam na forum różne opinie na temat Aerofłotu, ale podróż była całkiem wygodna. Na trasie Warszawa - Moskwa co prawda bez rozrywki pokładowej, a do jedzenia kanapka, soczek i kawa / herbata, ale ta część trasy trwała tylko 2 godziny, więc nic więcej nie było potrzebne.
Lotnisko Sheremetyevo (Szeremietiewo) rzeczywiście spore, ale wyprawa z terminalu D do terminalu F (a tak zazwyczaj wygląda transfer) możliwa do zrobienia w 20 minut. Z ciekawostek - od niedawna jest oficjalny zakaz palenia na całym lotnisku (wcześniej można było palić wszędzie) i nie ma kabin dla palaczy, co powoduje, że wszystkie łazienki służą jako palarnie.
Na trasie Moskwa - Bangkok dostajemy 2 posiłki: obiad i śniadanie. Co prawda nie są do końca zgodne z opisem, który podano w menu, ale raczej zjadliwe. Może za wyjątkiem "owsianki gryczanej z orzeszkami pinii", która okazuje się być po prostu ugotowaną na sypko kaszą gryczaną. Bez orzeszków pinii.
Na tej trasie, a także chyba na trasach Moskwa - Phuket i Moskwa - Hong-Kong, Aerofłot nie serwuje alkoholu. Na pozostałych długich trasach dostępne jest białe i czerwone wino.
Poza tym dostajemy kocyki, poduszki, słuchawki, kapcie, opaski na oczy. W komputerkach pokładowych jest spory wybór filmów, w tym nowych, podzielonych na sekcje. Są między innymi filmy dla dzieci, filmy oscarowe, są też jakieś seriale. Generalnie całkiem nieźle.
26 marca rano lądujemy w Bangkoku. Wymieniamy pieniądze w lotniskowym kantorze po całkiem niezłym kursie i łapiemy taksówkę do centrum. Zgadzamy się jechać za umówioną stawkę zamiast na licznik, bo kierowca zaoferował nienajgorszą cenę (500 baht, w tym już wliczono bramki i opłatę za start z lotniska), a ja po ubiegłorocznych doświadczeniach z tajskimi taksówkarzami wolę wiedzieć z góry ile zapłacę ;)
Taksówkarz zawozi nas na Samsen 1 Rd. Uwaga w kwestii oznaczania ulic w Tajlandii: kiedy mamy główną ulicę, w tym wypadku Samsen Road, boczne uliczki nie mają własnych nazw, tylko są numerowane jako odnogi głównej ulicy. Samsen 1 nie jest więc numerem domu przy Samsen Rd., ale uliczką numer 1 odchodzącą od Samsen.
Idziemy do flapping duck, w którym zatrzymywałam się rok wcześniej i który uwielbiam za ogródek nad rzeką, leżaki, lampiony i niezapomniany klimat. Guesthouse rozbudował się w ciągu tego roku, przejęli również budynek obok.
Po kąpieli i shake'ach owocowych ze straganu obok guesthouse'a ruszamy coś zjeść na Chana Songkhram, niedaleko Khao San Rd. Później spacer przez Khao San i docieramy do świątyni Wat Bavorn Niwet, gdzie dowiadujemy się, że dziś jest święto Buddy i w związku z tym do wielu płatnych świątyń dziś wstęp jest darmowy. Ruszamy więc szukać innych świątyń. Ruszamy jednak w ciemno, co kończy się tym, że niespodziewanie okazuje się, że zrobiliśmy kółko i wróciliśmy do hostelu.

modlitwy w Wat Bavorn Niwet
  Zamiast tego płyniemy więc łodzią do Chinatown (z przystani w parku Santichai Prakan łapiemy orange boat - bilety za 15 baht - i wysiadamy na przystanku Ratchawong). Trochę kręcimy się po Chinatown, próbujemy jedzenie ze straganów (nieodmiennie moim zdaniem wygrywają banany z grilla, chociaż wszelki szaszłyki mięsne też nie są najgorsze).
Potem kupujemy piwo i ruszamy spacerem w drogę powrotną, robiąc po drodze przystanki w parkach, gdzie ludzie ćwiczą aerobik na świżym powietrzu, spacerują bądź po prostu siedzą na trawie. "Dzikiej" zieleni w Bangkoku nie ma za wiele, więc parki przyciągają tłumy.
Pig Monument - bo upamiętnić można wszystko ;)

Wieczorem wcześnie się kładziemy - następnego dnia czeka nas długa podróż do Kambodży.

niedziela, 18 maja 2014

Bangkok 14.05.2014 i powrót do Polski

Ostatni dzień w Bangkoku postanowiłam wykorzystać jak najlepiej. Samolot miałam dopiero o 20:55, na lotnisku musiałam się stawić 2 godziny wcześniej (zrobiłam odprawę online i wydrukowałam potwierdzenie w jednej z licznych kafejek internetowych w Bangkoku, żeby zaoszczędzić czas na lotnisku). Pozostawało całkiem sporo czasu na zwiedzanie. Co więcej, okazało się, że mój współlokator, Johannes, leci tym samym samolotem (do Dohy, gdzie ja miałam przesiadkę do Warszawy, a on do Niemiec), więc umówiliśmy się na 17:30, żeby złapać taksówkę wspólnie i podzielić się kosztami.
Na zwiedzanie ruszyłam już o 8 rano. Postanowiłam jeszcze raz odwiedzić Chinatown, bo chciałam zrobić tam jakieś zakupy spożywcze, a przy okazji zobaczyć kilka świątyń i oczywiście się najeść na targu. Zwiedziłam małą świątynię Wat Pratumkhongkha, a potem poszłam do Wat Traimit zobaczyć Złotego Buddę. Naprzeciwko Wat Traimit weszłam jeszcze do świątyni chińskiej. Przed Wat Traimit stało już mnóstwo autokarów. Turyści musieli kupić bilety, jeśli chcieli zobaczyć Złotego Buddę (40 baht) lub jakąś wystawę (100 baht) lub oczywiście 140 baht za obie atrakcje - ja zdecydowałam się tylko na Buddę, wystawa nieszczególnie mnie interesowała. Sama świątynia bardzo ładna, miała kilka pięter, Złoty Budda znajdował się na ostatnim. Nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Spodobał mi się za to woreczek na buty, jaki dostałam przy wejściu (zazwyczaj jest tylko półeczka na buty albo po prostu zostawia się je na ziemi).
stragan rybny w Chinatown

woreczek na buty w świątyni:)
 Potem pojechałam łódkę na Amulet Market, gdzie chciałam kupić kilka amuletów na pamiątkę. Tym razem targ amuletów podobał mi się dużo bardziej niż za pierwszym razem, bo okazało się, że poprzednio nie dotarłam do głównej jego części. Jeszcze bardziej spodobali mi się sprzedawcy pomiędzy targiem a kompleksem świątynno-pałacowym, którzy sprzedawali wysztko - od używanych kaset wideo aż po.... używane sztuczne szczęki. Ja skusiłam się tylko na sok z duriana (a w zasadzie zmiksowany owoc) - to śmierdzący, choć smaczny owoc, którego nie wolno wnosić do autobusów i wielu hoteli ze względu na jego zapach. Wrażenie było dziwne. Z jednej strony smak bardzo przyjemy, z drugiej po chwili docierał do mnie aromat duriana, który już taki przyjemny nie był;)
koktajl z Duriana
 Później postanowiłam zwiedzić jeszcze Wat Phrao z wielkim Buddą (bilet kosztuje 100 baht, w cenie jest butelka wody;) ). Wat Phrao to spory kompleks z kilkoma świątyniami w środku, a jednej z nich znajduje się ogromny posąg leżącego Buddy (reclining Buddha). Cały obiekt robi wrażenie i cieszę się, że go odwiedziłam.

wielki Budda

dziedziniec w świątyni
Później wróciłam do hostelu, spakowałam swoje rzeczy i zniosłam je do "salonu", a sama wybrałam się na Wet Market na zakupy - chciałam kupić kwiat bananowca, galangal (taki korzeń, w smaku trochę przypomina imbir), klejący ryż i mangostany. O ile kwiat bananowca namierzyłam na targu bez problemu, o tyle mangostanów nigdzie nie widziałam, a z rozróżnieniem klejącego ryżu spośród innych gatunków i galangalu spośród innych korzeni miałam spory problem. Na szczęście jakiś chłopak, którego spotkałam, mówił po angielsku i zaoferował swoją pomoc. Z ryżem poszło bez problemu, gorzej było z galangalem. Na szczęście mój towarzysz poprosił mnie, żebym przeliterowała nazwę, wpisał ją w komórce w Internecie i zagadka się rozwiązała - niestety, nie jestem w stanie powtórzyć tajskiej nazwy tej przyprawy (brzmiało to jak "khhhh").
Poszłam po raz ostatni na tajski obiad, a koło baru znalazłam mangostan. Mogłam więc już wracać do Polski. 
Trochę się zestresowałam, bo taksówka utknęła w koszmarnych korkach i jazda zajęła nam prawie 1,5 godziny, ale na szczęście zdążyliśmy:) Tym razem za taksówkę zapłaciliśmy 300 baht + 75 baht opłat na bramkach (autostrada). Wyszło więc ponad 2 razy mniej niż kiedy jechałam do Bangkoku.
Sama odprawa na lotnisku poszła dość sprawnie, został mi jeszcze czas na ostatnie zakupy (miałam zapasowe pieniądze na wypadek, gdyby taksówka okazała się droższa i nie wymieniłam ich  kantorze na lotnisku). Niestety, ceny na samym lotnisku były już europejskie, a i wybór tajskich produktów niewielki (z ciekawostek widziałam np. ptasie gniazda za 7000 baht). Kupiłam jakieś przyprawy i kilogram włochatych owoców, których wcześniej nie udało mi się spróbować. Okazało się, że to rambutan - bardzo smaczny.
Do Dohy leciałam znowu prawie pustym samolotem, więc mogłam się położyć na 3 miejscach i zdrzemnąć. W Dosze miałam godzinę i 55 minut na przesiadkę, co okazało się czasem w pełni wystarczającym (nawet okładkę na bilet miałam w kolorze żółtym, czyli "transfer", a nie żółtym z pomarańczową obwódką, czyli "short transfer", co oznacza, że sprzedają bilety i z dużo krótszym czasem na przesiadkę). Autobus zawiózł nas do terminala odlotów, nie było żadnej kontroli paszportowej (tylko skanowali bagaż podręczny), więc poszło bardzo sprawnie. W samolocie do Warszawy już niestety ludzi było więcej, więc trudniej się spało - zwłaszcza, że 2 i pół godziny przed lądowaniem obudzili wszystkich na śniadanie. 15 maja rano skończyłam w Warszawie swoją podróż. Już czekam na kolejny taki wyjazd:)

Podróż Kanchanaburi - Bangkok 13.05.2014

Zdecydowałam się pojechać do Bangkoku pociągiem, bo chciałam chociaż raz spróbować "nieturystycznego" sposobu przemieszczania, a poza tym słyszałam, że pociągi są atrakcją samą w sobie. Pociągi z  Kanchanaburi odjeżdżają 3 razy dziennie (podobnie jak w drugą stronę), o 7.19, 14.44 i trzeci chyba po 17. Zdecydowałam się na pociąg o 14.44. Wcześniej jednak rano poszłam na dworzec (jakieś 5 minut spacerem z Jolly Frog) i chciałam kupić bilet. Przy kasie wisiały 2 kartki po angielsku: "bilet dla obcokrajowców 100 baht" i "bilety zaczynamy sprzedawać 60 dni przed odjazdem pociągu". Kiedy jednak poprosiłam o bilet do Bangkoku, usłyszałam, że będą je sprzedawać od 14, bo obecnie sprzedają bilety do bodajże Nom Tok (pociągi z Kanchanaburi jeżdża tylko na 2 trasach - a w zasadzie pewnie na jednej, tylko w 2 strony - do Bangkoku i tej drugiej miejscowości, która nazywa się chyba Nom Tok). Stwierdziłam, że na wszelki wypadek będę w takim razie na dworcu już o 14, bo jeszcze się okaże, że coś źle zrozumiałam i że jednak np. o 14 biletów już nie sprzedają - tu wszystko jest możliwe;)
dworzec w Kanchanaburi jest bardzo zadbany
 Wrociłam do swojego bungalowu, spakowałam się, poczytałam książkę, potem poszłam na obiad do On's Thai Issan;) i punktualnie o 14 wróciłam na dworzec. W kasie usłyszałam, że bilety sprzedają od 15. Na moje pytanie, jak to możliwe, skoro pociąg odjeżdża o 14.44, kasjerka odpowiedziała, że jest godzina opóźnienia, więc biletów też jeszcze nie sprzedają. Doszłam do wniosku, że chociaż mam dużo czasu do odjazu, wolę nie ryzykować i nie oddalać się od dworca. O 15 znowu poszłam po bilet. Uzyskałam informację, że pociąg będzie o 16, ale bilet już mi sprzedali;)
W samym pociągu oprócz mnie nie było prawie żadnych turystów, tylko trójka Niemców. Na tej trasie można kupić tylko bilety 3 klasy, co oznacza brak klimy i, w zależności od wagonu, drewniane ławki lub ławki obite podartym obiciem. Ale jedzie się z otwartymi oknami (i drzwiami), więc wcale nie jest gorąco. Nie było też zbyt wielu ludzi, więc miałam 4 miejsca dla siebie (dwuosobową ławeczkę i drugą taką samą naprzeciwko). W pociągu co chwilę ktoś sprzedawał jedzenie  - np. ryż z mięsem w miseczkach z liści bananowca czy szaszłyki, a poza tym wodę i napoje gazowane. Podróż trwała 3 godziny, ostatnią stacją był dworzec Thonburi w Bangkoku.

pociąg na trasie Kanchanaburi - Bangkok
Dworzec Thonburi znajduje się w dzielnicy o tej samej nazwie. Do Khao San Rd. (i mojego hostelu, który jest położony niedaleko Khao San) nie ma żadnych połączeń autobusowych, chociaż to niewielka odległość (jakieś 3 km). Można tam dojechać taksówką alb dojść na stację łódki (ponad 1 km) i podpłynąć dwie stacje (można też oczywiście iść na piechotę, jeśli ktoś się uprze, bo daleko nie jest). Ja zdecydowałam się na wersję z łódką. Niestety, ostatnie łodki zwykłej linii (orange boat) odpływają o 19:30, a ja byłam na miejscu jakieś 10 minut później. Musiałam więc wziąć droższą łódkę turystyczną (40 baht), co i tak było tańsze niż taksówka, zwłaszcza, jeśli podróżuję sama. Przy większej ilości osób jest sens wziąć taksówkę, kurs powinien kosztować jakieś 80 baht.
Wieczorem zameldowałam się w moim ulubionym flapping duck, gdzie spędziłam ostatnią noc przed powrotem do Polski.

czwartek, 8 maja 2014

Bangkok 1-2.05.2014

W Bangkoku obudzilam sie o normalnej godzinie, co oznacza, ze na szczecie nie mialam zadnych problemow ze zmiana czasu, i wyruszylam na zwiedzanie. Upal co prawda juz o tej porze odbieral sily, ale to w koncu najgoretszy okres w calym roku w Tajlandii.
Najpierw postanowilam zjesc sniadanie. Kierujac sie zasada "jedz tam, gdzie miejscowi", usiadlam przy pierwszej budce z jedzeniem, gdzie znalazlam Tajow i zamowilam ryz z kurczakiem. Nie przewidzialam jednego - tam, gdzie jedza Tajowie, bedzie piekielnie ostro. I mimo ze wzielam cos, co na ostre nie wygladalo (jako jedno z nielicznych nie bylo czerwone), zdolalam zjesc tylko pol proscji, popijajac to spora iloscia wody.
Potem postanowilam zlapac tramwaj wodny i wybrac sie do Chinatown. Tramwaj wodny to lodki kursujace po rzece przez centrum miasta, ktorymi poruszaja sie rowniez miejscowi. Jest to srodek transportu szybki, tani (bilet kosztuje 15 baht) i zapewniajacy lekka ochlode dzieki wietrzykowi na rzece. Usiadlam zatem w miejscu, o ktorym myslalam, ze bedzie stacja i czekalam. Obok mnie siedziala tajska rodzina. Po jakims czasie zorientowali sie, ze czekam na lodke i postanowili mi wytlumaczyc, ze to nie jest stacja (a w kazdym razie nie jest to dzialajaca stacja). Niestety, po pytaniu "You speak Thai?" i mojej odpowiedzi, ze "No", mozliwosc komunikacji znacznie sie zmniejszyla. Probowali mi wprawdzie dalej tlumaczyc cos po tajsku, ale niewiele to dalo. W kazdym razie zrozumialam, ze musze isc gdzie indziej i ruszylam w kolejne miejsce, zaznaczone na mapie jako stacja. Tym razem trafilam. Kupilam od razu 3 bilety i wsiadlam do lodki (tramwaj wodny, ktorym nalezy sie poruszac, ma przyczepiona pomaranczowa choragiewke. Sa co prawda 2 inne linie, ale nie wszedzie sie zatrzymuja, a takze mnostwo lodek turystycznych, zapewne o wiele drozszych). Zeby wiedziec, gdzie trzeba wysiasc, najlepiej miec ze soba mape (ja mialam mape dolaczona do przewodnika Lonely Planet), bo nazwy stacji niewiele mowia.
tramwaj wodny

 Chinatown okazalo sie wielkim targowiskiem, po ktorym wrecz trudno szybko sie poruszac, tyle tu ludzi (przy czym raczej niewielu turystow). Jedzenie jest pyszne i tanie - m.in. ryz z kasztanami i rodzynkami, zawiniety w lisc bananowca i grillowany (35 baht), owoce pokrojone na porcje czy swiezo wyciskany sok z granatow (za sok zaplacilam 45 baht i ponoc przeplacilam).
Kiedy juz nachodzilam sie po Chinatown, poszlam do pobliskiej swiatyni - Wat Mangkon Kamalawat (a przynajmniej zakladam, ze to tam trafilam). W srodku klimat niesamowity. Wszyscy pala kadzidla i skladaja dry z kwiatow i owocow, jest piekny dziedziniec. Nie bylo tam zadnych turystow, bylam jedyna osoba niemodlaca sie, wiec staralam sie nie przeszkadzac innym.
Ze swiatyni poszlam do Golden Mountain (lub Golden Mount, widzialam rozne wersje nazwy). To male wzgorze, na ktorego zboczach znajduja sie wodospady, wokol wzgorza sa posazki Buddy i zwierzat, a na samym wzgorzu jest cos w rodzaju swiatyni (w kazdym razie posrodku stoi Budda), gdzie o dziwo maja darmowe wi-fi i wentylatory ze zraszaczami. Po drodze na szczyt znajduja sie tez dzwony i gongi. Bilet wstepu kosztuje tylko 20 baht, a miejsce naprawde przyjemne - zwlaszcza, ze w swiatyni moglam przez chwile odpoczac od slonca.
wejście na Golden Mount - para wodna unosząca się z wodospadów
Z Golden Mountain ruszylam na dalszy spacer, po drodze weszlam do Wat Suthat & Sao Ching-Cha. To dosc ciekawa swiatynia, z dziedzincem, wokol ktorego pod arkadami znajduja sie setki posazkow Buddy. W samej swiatyni posrodku stoi wielki Budda i - a jakze - mnostwo wentylatorow:) Bilet wstepu rowniez kosztowal 20 baht.
Wat Suthat
Nastepnie ruszylam w strone najwiekszego kompleksu swiatynnego (tego ze szmaragdowym Budda), ale szczerze mowiac nie mialam juz potrzeby zwiedzania kolejnej swiatyni. Pokrecilam sie troche po miescie, kupilam grillowane banany na patyku (10 baht za banana) i wrocilam lodka do hostelu. Na lodce okazalo sie co prawda, ze kiedy kupowalam wczesniej 3 bilety, wszystkie od razu zostaly niejako "skasowane", wiec musialam kupic na lodce nowy - i od tej pory po prostu kupowalam bilety na lodce, zwlaszcza ze nie wszedzie sa kasy.
Poszlam do hostelu po swoje rzeczy (nie bylo problemu z zostawieniem plecaka w przechowalni na caly dzien) i ruszylam do guesthouse'a, ktory poczatkowo wybralam - flapping duck. Nie jest to typowy guesthouse, ciezko go znalezc (mi powiedziala o nim kolezanka, ktora natknela sie na niego podczas spaceru po Bangkoku), zatrzymuja sie tu glownie ludzie, ktorzy podrozuja po Azji przez dluzszy czas (nie widzialam tam nikogo oprocz mnie, kto podrozowalby krocej niz rok), ale jest to bardzo przyjemne miejsce nad rzeka, z ogrodkiem, minitarasem i duza biblioteczka. Okazalo sie, ze nie ma juz wolnych pokoi jednoosobowych, wiec zdecydowalam sie na lozko w dormie (150 baht, bez klimy, ale z wentylatorami i wspolna lazienka).
Wieczor spedzilam z milymi Niemcami z hostelu, jeden z nich zaprowadzil mnie na pobliski deptak, gdzie dostalismy piwo (do wyboru - jak sie pozniej okaze, jak wszedzie - Leo, Chang i Singha) i sticky mango rice (klejacy ryz z mango i mlekiem kokosowym, slodki, raczej deser niz obiad).
Nastepnego dnia zdecydowalam sie raczej na wloczege po miescie niz konkretne zwiedzanie. Rano wstalam bardzo wczesnie (jeszcze nieprzyzwyczajona do upalow) i na straganie obok hostelu kupilam orzezwiajacy shake z mango. 
shake z mango
Pozniej z nowopoznanym Niemcem poszlam na sniadanie do pobliskiego baru (miejscowe owoce z musli i jogurtem i mango shake, razem 50 baht). Potem ruszylam na spacer. Lodka dotarlam do Wet Market (targ nad rzeka, gdzie sprzedawali jedzenie, kwiaty, a takze owoce, ryby, weze, male zolwie i inne dziwne rzeczy, chyba przeznaczone do gotowania), a stamtas w strone kompleksu parkowo-muzealnego. Stwierdzilam jednak, ze muzea to nie to, co mnie interesuje. Krecac sie dalej, trafilam na ogromny park otoczony murem. W srodku byla swiatynia, a takze domy mnichow, wszystko bardzo klimatyczne). Po spacerze wrocilam do hostelu przeczekac upal. Po drodze zlapalam jeszcze grillowane banany z jakimis jagodami zawiniete w liscie bananowca (13 baht za 2 kawalki) i szaszlyk z jakichs kulek rybnych (10 baht).
grillowane banany w liściu bananowca
Po poludniu ruszylam lodka na Amulet Market (targowisko, gdzie sprzedaja roznego rodzaju amulety i figurki). Bylo mniejsze, niz myslalam, ale moze czesc sprzedawcow juz sie zwinela. Caly czas nie moglam przyzwyczaic sie do miejscowego ruchu na drodze - tu nie tylko nie przepuszcza sie pieszych czekajacych na pasach, ale nawet nie zatrzymuje sie przed pieszymi, ktorzy juz stoja na ulicy.
Wieczorem posiedzialam na hostelowym tarasie, a potem poszlam spac, wiedzac, ze nastepnego dnia wstaje wczesnie, zeby dostac sie na Koh Chang.

Ceny w Bangkoku:
Wiekszosc juz podalam wyzej. Sa to ceny jedzenia na straganach, nie w restauracjach. Szaszlyk kosztuje 10-20 baht (rybny, miesny czy z osmiornicy). Ryz smazony z warzywami w barze (nie na straganie, ale i nie w restauracji) 35-50 baht. Mango shake 20-25 baht. Woda w 7/11 ok. 15 baht, jogurt pitny 22 baht (7/11 to siec minimarketow, do ktorych chetnie sie wchodzi, bo maja klime;) ). Male lokalne piwo w barze (ale nie jakims eleganckim) ok. 60 baht - generalnie alkohol jest tu stosunkowo drogi.
Najdrozsze sa atrakcje turystyczne, bilety do swiatyn kosztuja nawet do 350 baht (ta ze Szmaragdowym Budda chyba). Najgorzej, o czym sie przekonalam, naciagaja na taksowkach. Jak tylko wyjmowalam mape zatrzymywal sie taksowkarz lub tuk-tuk (rodzaj rikszy) i proponowal podwozke, ceny oczywiscie podawali sporo zawyzone.

środa, 7 maja 2014

Podroz do Bangkoku 29-30.04.2014 + Doha



Zdecydowalam sie leciec do Tajlandii Qatar Airlines z uwagi na najlepsza cene biletow. Minusem byla 19-godzinna przesiadka w Doha (Katar), ale pomyslalam, ze wykorzystam ten czas na zwiedzanie.
Na lotnisku w Okeciu mialam stawic sie 2 godziny przed odlotem (gdybym nie zrobila odprawy online, bylyby to 3 godziny). Okazalo sie to spora przesada - odprawa bagazowa zajela mi jakies 30 sekund (bagaz zdalam od razu na oba loty, wiec nie ma potrzeby odbierania go w Katarze), przejscie przez bramke - kolejne 2 minuty.
Sam lot trwal 5,5 godziny i byl bardzo przyjemny - na pokladzie dostepny byl bardzo duzy wybor filmow, kazdy dostal sluchawki, koc, poduszke. Moglismy tez wybrac posilek sposrod ok. 8 opcji (ja wybralam bezglutenowa, ale byla tez wegetarianska czy weganska).
Na lotnisko w Doha dotarlismy terminowo. Podjechal po nas autobus - ja dostalam przy odprawie zolta kartke, ktora oznacza, ze zostaje na lotnisku, ale nie bylo to problemem - po prostu pojechalam autobusem do konca, az do czesci z odprawami celnymi.
Wiza 30-dniowa kosztuje 30 dolarow, nie ma opcji jednodniowej. Wize kupilam prawie bez problemu (prawie, bo... zapomnialam pinu do karty platniczej, na szczescie mialam przy sobie zapasowa). Ostrzegano mnie, zeby przypadkiem nie probowac wyniesc alkoholu z lotniska - na szczecie i tak nic przy sobie nie mialam. Nie mozna tez wynosic miesa, o czym ostrzegl mnie celnik.
Doha przywitala mnie upalem - o godz. 19 bylo juz ciemno, ale temperatura nadal wynosila 32 stopnie, wiec spacer byl mniej przyjemny niz sie spodziewalam. Poszlam na spacer wzdluz wybrzeza. Wrazenia? Dziwnie, wszystkie budynki nowe, wiezowce przeplatane meczetami, mnostwo ludzi zakrytych od stop do glow.
Za to spotkalam duzo osob uprawiajacych jogging w parku czy grajacych w pilke - przed zmrokiem jest to pewnie niemozliwe z powodu upalu.
wybrzeże w Dosze
panorama Dohy
Po 3 godzinach wrocilam z powrotem na lotnisko, bo stwierdzilam, ze wiele wiecej nie zobacze - zwlaszcza, ze bylo juz pozno i wszystko bylo pozamykane.
Przy wejsciu na lotnisko znajduje sie hala przylotow - do hali odlotow zawozi pasazerow bezpatny autobus. Na poczatku troche sie wystraszylam, bo wyjechalismy autobusem z terenu lotniska i dlugo nie wracalismy, ale sie okazalo, ze po prostu inaczej nie da sie nawrocic.
Samo lotnisko jest duze, nowe. Znajduja sie w nim 2 tzw. quiet zone (pokoje do spania), ale spac mozna tylko na lezakach w pozycji polsiedzacej, wiec jest to bardzo niewygodne - ja w koncu polozylam sie po prostu na fotelach w glownej czesci i tez nikt mnie nie przeganial. Na calym lotnisku jest darmowe wi-fi, kilka restauracji, sklepow wolnoclowych, a dla pasazerow Qatar Qirlines - takze tzw. Oryx Lounge, gdzie mozna dostac bez dodatkowej oplaty przekaski, napoje (w tym alkoholowe) i gdzie sa lezaki. Jednak majac bilet w klasie ekonomicznej za Oryx Lounge musza zaplacic 39 dolarow, wiec postanowilam zostac w hali glownej. Przy lotach do Bangkoku nie przysluguje darmowy hotel ani posilek (przysluguja one w Qatar Airlines, gdy przesiadka trwa ponad iles tam godzin, ale tylko wtedy, gdy nie ma wczesniejszych lotow - do bangkoku loty sa kilka razy na dobe, wiec nie mozna sie na to zalapac, spytalam na wszelki wypadek na lotnisku, ale powiedzieli mi to samo).
Przesiadka troche meczaca, ale nie tak bardzo, jak sie spodziewalam. Zalowalam tylko, ze nie wzielam zadnego koca, bo na lotnisku strasznie zimno.
Kolejny lot trwal 6 godzin (godzine krocej niz przewidywal plan) - oprocz poduszek, kocy i sluchawek dostalismy tez opaski na oczy, zatyczki do uszu, szczoteczke, paste i cieple skarpety. Samolot okazal sie niemal calkowicie pusty (ok. 20 osob na pokladzie), wiec mozna bylo sie spokojnie polozyc wzdluz rzedu foteli.
Do Bangkoku dotarlam przed polnoca (planowo mielismy byc 00:20), razem z para Polakow poznanych w samolocie postanowilismy wziac wspolnie taksowke - i tak wszyscy jada w ta sama strone. Na lotnisku znajduje sie punkt (latwo znalezc, stoi tam duzo ludzi), skad odjezdzaja taksowki. Niestety, jazda taksowka skonczyla sie pierwszym naciagnieciem. Kierowca wysadzil moich towarzyszy podrozy tam, gdzie chcieli, a my pojechalismy dalej do mojego guesthouse'u. W momencie kiedy wysadzilismy tamta dwojke kierowca chyba wlaczyl podwojne naliczanie na liczniku, bo nagle kwota zaczela strasznie rosnac. Na dodatek nie mogl znalezc mojego noclegu i krazyl w te i z powrotem. Kiedy po raz czwarty zatrzymalismy sie w tym samym miejscu (a on po raz czwarty spytal ta sama osobe o droge), caly czas z wlaczonym licznikiem, ktory pokazywal 1000 baht (sto zlotych), wscieklam sie, zaplacilam i poszlam dalej na piechote (potem w hostelu powiedzieli mi, ze chyba pobilam rekord - standardowa oplata za dojazd z lotniska wynosi 400 baht). Znalazlam moj guesthouse jakies 300 metrow dalej w bocznej uliczce (faktycznie ciezko trafic, ale z nas dwojga to on powinien znac miasto - zwlaszcza, ze dalam mu kartke z adresem i mapke dojazdu). Niestety, recepcja byla juz zamknieta, wiec musialam poszukac innego noclegu (nie robilam tu wczesniejszej rezerwacji).
Bylo juz wpol do trzeciej, wiec wiekszosc hosteli zamknieta, znalazlam jeden, w ktorym chcieli 900 baht za noc, ale kawalek dalej znalazlam taki, w ktorym zaplacilam 395 baht za pokoj jednoosobowy z lazienka (KS Guesthouse). Postanowilam w nim zostac, bo bylam juz naprawde zmeczona podroza.