czwartek, 16 kwietnia 2015

Siem Reap 28-30.03.2015

Pierwszy dzień w Siem Reap zaczęliśmy dość późno, bo musieliśmy odespać podróż. Kiedy już się obudziliśmy, na targu kupiliśmy owoce i pudding kokosowy, spakowaliśmy przewodniki i aparaty fotograficzne i ruszyliśmy łapać tuktuka do Angkoru. Początkowo planowaliśmy jechać tam na rowerach, ale okazało się, że rowery w naszym ośrodku są zepsute, a wokół nie ma żadnych wypożyczalni,
Początkowo kierowcy tuktuków chcieli nawet po 15$ za przejazd, ale odmawialiśmy i szliśmy dalej. W końcu ktoś zgodził się nas zawieźć za 1/3 tej ceny, zapewne licząc na to, że namówi nas na obwożenie po świątyniach za dalszą opłatą. Kierowca zawiózł nas do kas, gdzie za 40 dolarów kupiliśmy 3-dniowy bilet do świątyń, który można wykorzystać przez kolejnych 7 dni (na bilecie zaznaczana jest data każdego wejścia, znajduje się na nim również zdjęcie osoby uprawnionej, które robione jest w kasie przy zakupie biletu). Inna opcja to bilet 1-dniowy za 20$ (ewentualnie bilet tygodniowy, ale nie planowaliśmy zostawać tak długo w Siem Reap), więc nawet przy założeniu, że z biletu 3-dniowego skorzystamy tylko 2 razy nie opłacało się kupować biletów 1-dniowych.
Po zaopatrzeniu się w bilety wsiedliśmy z powrotem do tuktuka i pojechaliśmy do Angkor Wat, gdzie rozstaliśmy się z kierowcą. Na miejscu było dość pusto. Nic dziwnego, bo porę na zwiedzanie wybraliśmy sobie nietypową: była 12:30, a wtedy większość turystów z uwagi na upał i słońce wraca do Siem Reap na obiad. Tym lepiej dla nas :)
Ankor Wat jest największą i chyba najbardziej znaną ze świątyń Angkoru, których jest 400. Świątynie te powstawały mniej więcej w X-XIII wieku i były budowane przez ówczesnych bogów-królów, część z nich służyła jako siedziby, rezydencje lub grobowce poszczególnych władców, a funkcji niektórych z nich do dnia dzisiejszego nie udało się ustalić. Angkor Wat jest o tyle nietypowa, że jej wejście skierowane jest na zachód, który to kierunek kojarzył się raczej ze śmiercią, co skłaniało wielu badaczy do przypuszczeń, że została ona zbudowana jako grobowiec. W każdym razie, niezależnie od rzeczywistej funkcji, Angkor Wat jest przepiękną świątynią, z długą galerią przedstawiającą różne sceny (w tym sceny bitewne). Żeby wejść do części obiektu, trzeba mieć na sobie ubranie zakrywające ramiona i kolana; nie wystarczy się okryć lub przewiązać chustą.
widok ze szczytu Angkor Wat
 Spędziliśmy w tej świątyni dobre 3 godziny, po czym poszliśmy coś zjeść do jednego z okolicznych barów, gdzie zamówiliśmy obiad po krótkich negocjacjach z dzieciakiem pracującym w knajpie jako naganiacz (efekt: nie 5$ za posiłek, ale 3$ i do tego mrożona herbata jaśminowa gratis). Ja zdecydowałam się na amok, czyli khmerskie aromatyczne curry na mleku kokosowym, z trawą cytrynową, jakąś zieleniną i kurczakiem, wołowiną lub rybą do wyboru, serwowane z ryżem. Z tego, co czytałam wcześniej w internecie, tradycyjnie amok serwuje się w liściu bananowca, ale do końca wyjazdu nie udało nam się trafić na taki sposób podania. W każdym razie amok okazał się przepyszny. 
Następnie wybraliśmy się do kolejnej ze świątyń z naszej listy (a właściwie z listy stworzonej przez przewodnik Lonely Planet), czyli Angkor Thom.
Po drodze przetestowaliśmy jeszcze sok z trzciny cukrowej serwowany z dużą ilością kruszonego lodu, ale dla mnie był trochę za słodki.
Przez przypadek omal nie weszliśmy na Phnom Bakheng, ale w porę się zorientowaliśmy, że właśnie zasuwamy z tysiącami turystów na wzgórze oglądać zachód słońca i że na szczycie będzie dziki tłum, więc zawróciliśmy i znowu skierowaliśmy się w stronę Angkor Thom. Był to dobry wybór. Angkor Thom jest ogromnym kompleksem, w którego centralnej części znajduje się świątynia Bayon; jej przeznaczenie również nie jest do końca znane, w każdym razie zdobią ją setki wyrzeźbionych głów przypominających ówczesnego władcę Jyavarmana VII. Bayon jest przepiękny, a o zachodzie słońca było tu prawie zupełnie pusto. Idąc przez Angkor Thom do Bayon mija się małpy wcinające kwiaty lotosu, które kupują dla nich turyści, co też jest interesującym widokiem.
Bayon
 Teoretycznie świątynie Angkoru są otwarte do 17:30, ale dopiero po 18 strażnik wyprosił nas z Bayonu. Zanim doszliśmy do bramy Angkor Thom, zrobiło się dość ciemno. Nie chcieliśmy brać tuktuka z postoju, wychodząc z założenia, że jeśli my łapiemy tuktuka, to mamy gorszą pozycję negocjacyjną niż kiedy tuktuk łapie nas ;) Nie wiem, na ile słusznie postąpiliśmy, bo zdążyliśmy przejść spory kawałek po ciemku zanim ktokolwiek się zatrzymał - o tej porze nie było już turystów, więc nie było i tuktuków. W każdym razie ostatecznie wynegocjowaliśmy 5$ za podwiezienie. I powtórzyła sie zabawa z poprzedniego dnia - podaliśmy mapkę, podaliśmy nazwę, powiedzieliśmy, przy której drodze to jest, a kierowca zamiast bezpośrednio do naszego guesthouse'u, ruszył do Siem Reap, gdzie się zgubił, zaczął jechać w przeciwnym kierunku, a kiedy w końcy załapał, gdzie to jest (podaliśmy również nazwę targu obok nas), zatrzymał się, nie chciał odjechać i próbował negocjować podwyżkę ceny. Tym razem byliśmy jednak twardzi i nie ustąpiliśmy, więc w końcu obrażony ruszył.
Później postanowiliśmy iść na kolację na targu pod guesthouse'em. Usiedliśmy przy plastikowym stoliku na podwórku i na migi wytłumaczyliśmy, co chcemy dostać. Również na migi zamówiliśmy piwo i deser. Potem zobaczyliśmy, że sprzedają tam również jajka z kurczaczkiem w środku. Poprosiliśmy o jedno jajko i o zademonstrowanie nam, jak je należy jeść (jajko podawane było w komplecie z mieszanką cukru, soli i chilli, limonką i zieleniną). Zbledliśmy, kiedy pani z uśmiechem przyniosła nam 6 jajek. Ja swój przydział zjadłam, choć z trudem. W smaku nie były złe, tylko nie można patrzeć na skrzydełka i główki, które pojawiają się w środku. No i część wnętrzności miała dość gumową konsystencję. Ale popiliśmy wszystko piwem i daliśmy radę. Jeśli chodzi o lokalne piwo, do wyboru zazwyczaj było Angkor, Anchor, Cambodia lub ciemne Black Panther. Nam najbardziej smakowały chyba Angkor i Black Panther. Przy piwie zakumplowaliśmy się z miejscowymi studentami, którzy też wpadli na targ się czegoś napić. Trochę nam poopowiadali o Kambodży, zapytaliśmy ich też, czy w okolicy jest jakiś basen. Zdecydowanie potrzebna nam była ochłoda przy tej temperaturze. Dowiedzieliśmy się, że baseny są głównie w hotelach, a jeden z nich jest przy autostradzie, przy której mieszkamy (niech was nie zmyli nazwa "autostrada", tam większość dróg nazywa się "national highway"; ta nazwa nie oznacza nawet, że droga jest asfaltowa, sugeruje tylko tyle, że jest długa i łączy ze sobą jakieś miejscowości). Jak zrozumieliśmy, hotel miał się nazywać "Angkoera".
Następnego dnia po śniadaniu na targu (tym razem testowaliśmy m.in. smażone bułeczki - podobnie jak bagietki, jest to pozostałość po stuletnim panowaniu Francuzów w Kambodży - i kwadraciki z ryżu z mlekiem kokosowym posypane wiórkami kokosowymi, bardzo smaczne) postanowiliśmy więc jechać na basen. Nie zdecydowaliśmy się na Angkoerę, bo w internecie widziałam, że w mieście jest inny basen, a w zasadzie mini aquapark. Sprawdziłam, że nazywa się Aqua i znajduje się przy 7 Makara Street (i znowu: 7 to nie numer budynku, ale też nie numer bocznej uliczki, tylko część nazwy ulicy; dokładnego adresu w internecie nie było).
W każdym razie złapaliśmy tuktuka do centrum i pojechaliśmy. Najpierw zjedliśmy lunch (amok z rybą zdecydowanie gorszy niż ten z kurczakiem, za dużo ości, które trudno wyławia się z mleka kokosowego), pokręciliśmy się po Pub Street (takie lokalne Khao San Rd., knajpy dla turystów i nic poza tym), stwierdziliśmy, że to nie nasz klimat i poszliśmy szukać basenu. Namierzenie właściwej ulicy przy braku oznakowań zajęło nam trochę czasu, ale wreszcie się udało. Okazało się jednak, że znalezienie ulicy to dopiero połowa sukcesu. Asfaltu brak, pomarańczowy pył unosił się wszędzie, a końca drogi nie widać. Przeszliśmy jakieś 3 kilometry, pytając miejscowych o basen i uzyskując na zmianę odpowiedzi "yes" lub "no", udzielane chyba losowo, w zależności od tego, co ich zdaniem chcieliśmy usłyszeć. Wreszcie znaleźliśmy jakąś zjeżdżalnię i plastikowy basen. Spytaliśmy tam o "nasz" aquapark i dowiedzieliśmy się, że owszem, był taki, ale został już zamknięty... Zrezygnowani zaczęliśmy sprawdzać w internecie, gdzie jest "Angkoera" z basenem hotelowym. Niestety, bez rezultatów. Nie pozostało nam zatem nic innego, jak ruszyć z powrotem. Wybraliśmy inną ulicę (jak sie wydawało - równoległą), żeby uniknąć pomarańczowego pyłu. Dzięki temu zawędrowaliśmy na lokalny targ, gdzie sprzedawali owoce, warzywa, mięso i wszelkie podroby i gdzie mieliśmy okazję zobaczyć, jak kierowca wiezie całą świnię przyczepioną z tyłu na skuterze :)
świnia na skuterze

targ, sklep z mydłem i powidłem
Po tym wszystkim stwierdziliśmy, że potrzebny nam relaks, poza tym chcieliśmy kupić bilety do Phnom Penh. Wróciliśmy więc do turystycznej części Siem Reap, po drodze jedząc obiad. Plan był taki, że do Phnom płyniemy łodzią przez jezioro Tonle Sap. Łodzie pływają od listopada do końca marca, chyba że nie pozwalają na to warunki pogodowe (poziom wody pod koniec pory suchej jest w jeziorze często zbyt niski). My chcieliśmy płynąć akurat 31 marca, ale liczyliśmy na to, że znajdziemy jakąś łódź - wcześniej sprawdziliśmy w internecie, że bilety powinny kosztować po 35$. W pierwszym punkcie sprzedaży biletów powiedzieli, że łodzie pływają, ale za bilety chcieli po 39$ i nie opuścili ceny, więc poszliśmy dalej. W kolejnych trzech punktach usłyszeliśmy, że żadnych łodzi już o tej porze nie ma. Zaczęło nas zastanawiać, czy pierwszy sprzedawca nie chciał nas przypadkiem naciągnąć. Postanowiliśmy nie ryzykować i nie wydawać pieniędzy na łódź, która może nie popłynąć, więc zamiast tego kupiliśmy bilety na autobus (7 $ za sztukę).
Potem poszliśmy na peeling stóp robiony przez małe rybki. Strasznie łaskocze, ale przynajmniej stopy się domyły z pomarańczowego kambodżańskiego pyłu.
rybny peeling
 Zostało nam już tylko znalezienie tuktuka, który odwiezie nas do guesthouse'u i który obwiezie nas jutro po świątyniach. Po długich negocjacjach ("jak 3 osoby, to będzie drożej, bo jesteście too heavy i więcej gasoliny się zużywa") udało nam się wynegocjować odwiezienie do Angkor Voluntary i następny dzień, czyli Ta Phrom + tzw. small circuit z przywozem i odwiezieniem z powrotem za 21 $. Pewnie i tak sporo na nas zarobił, ale musimy brać poprawkę na to, że mieszkamy daleko od Siem Reap, więc w jedną stronę tuktuk robi pusty przewóz, bo nikogo sobie na tą trasę nie znajdzie.
A w drodze powrotnej do guesthouse'u minęliśmy... hotel "Angkor Era" :) I tym sposobem wyjaśniła sie zagadka przynajmniej jednego basenu.
Umówiliśmy się z kierowcą na 7 rano. Musieliśmy zdążyć wrócić następnego dnia w miarę wcześnie, bo czekała nas impreza. Już podczas robienia rezerwacji Ni, manager guesthouse'u, napisał nam, że 30 marca zaprasza na urodziny swojej córki. Później okazało się, że będą to 7. urodziny jego najmłodszej siostry połączone z ukończeniem 5 miesięcy przez jego córkę. Na imprezę nie mogliśmy (i nie chcieliśmy) się więc spóźnić, tym bardziej, że już poprzedniego dnia widzieliśmy, że szykuje się coś wielkiego - cała wioska pomagała w rozstawianiu wielkich namiotów, przywieziono scenę i głośniki, a w gusethousie siedziało mnóstwo kobiet i coś gotowało.
W dniu urodzin o 5 rano obudziło nas dudnienie. Po chwili dotarło do nas, że to khmerska muzyka puszczona na cały regulator z profesjonalnych głośników. Początkowo myśleliśmy, że zaczęła się modlitwa (Ni mówił, że rano przyjedzie mnich i będą składane podarunki w celu zapewnienia jubilatkom pomyślności), ale szybko okazało się, że po prostu cała wieś jest już na nogach i przygotowuje przyjęcie, więc puścili sobie muzykę, żeby umilić pracę. A głośniki stały akurat pod naszymi oknami ;)
W tym stanie rzeczy spać już się nie dało. Zeszliśmy na dół, kupiliśmy owoce i ryż z kokosem na śniadanie i zaczekaliśmy na tuktuka. W pierwszej kolejności pojechaliśmy do Ta Phrom, czyli świątyni znanej z Tomb Raidera, porośniętej przez drzewa i częściowo zrekonstruowanej. Spotkaliśmy dużo zwiedzających ją mnichów, zapozowaliśmy jednemu z nich do zdjęć i zaczęliśmy zwiedzać. Niestety, z uwagi na trwające prace rekonstrukcyjne część terenu świątyni jest ogrodzona i nie wszędzie można wejść. Ale i tak wygląda ona całkiem interesująco.
Później zaczęliśmy robić tzw. small cicruit, ale robiliśmy je w odwrotnej kolejności niż powszechnie wybierana, żeby uniknąć tłumów, czyli: najpierw Pre Rup (kolejna świątynia, gdzie wszyscy chodzą oglądać zachód słońca), Ta Som, Preah Neak Poan i Preah Khan.
Pre Rup - jest to wysoka świątynia w kształcie wzgórza, na które można się wspiąć (dlatego właśnie przychodzi się na nią oglądać zachód słońca)
Ta Som - mniejsza wersja Ta Phrom, również porośnięta przez charakterystyczne drzewa
Preah Neak Poan - ta świątynia robi zdecydowanie większe wrażenie w porze deszczowej, kiedy wchodzi się do niej przez mostek nad sztuczną fosą. W marcu mostek nadal jest, ale fosa już nie bardzo ;) Pośrodku znajduje się sztuczny staw.
Preah Khan - jedna z moich ulubionych świątyń. Do jej centralnej części wchodzi się przez liczne bramy, przy czym im dalej od centralnej komnaty, tym drzwi są niższe, aby wchodzący goście musieli się schylić i ukłonić królowi. W samym centrum znajdowała się diamentowa komnata, a w kamieniach odbijało się światło wpadające przez otwór na dachu. Zmęczeni upałem ucięliśmy sobie drzemkę na kamiennych blokach Preah Khan ;) Sama świątynia otoczona jest dużym parkiem, w którym są m.in. huśtawki z lian.
Preah Neak Poan
 W trakcie zwiedzania poszliśmy jeszcze na obiad w okolicy Preah Neak Poan, rozwijając nasze zdolności w zakresie targowania się (niższa cena, herbata jaśminowa i świeże owoce gratis). Targowanie się w Kambodży to świetna zabawa, oni podchodzą do tego na luzie, ceny i tak zazwyczaj nawet po utargowaniu są zawyżone, więc kto się nie targuje, przepłaca jeszcze bardziej. Możliwe jest zejście z pierwotnej ceny o połowę, chyba nawet kilkakrotnie udało nam się więcej ;) Nie targowaliśmy sie tylko w nieturystycznych miejscach, gdzie ceny i tak były niskie (np. kupując jedzenie z wózków za miastem). No i w supermarketach ceny też są stałe, a przynajmniej tak nam się wydaje.
Po zwiedzaniu wróciliśmy do guesthouse'u, wzięliśmy prysznic i przygotowaliśmy się na imprezę. Mieliśmy ze sobą prezenty z Polski dla dziewczynek i Ni - jak się okazało później, tu nie daje się prezentów dzieciom, tylko pieniądze gospodarzowi. W każdym razie o 18 zeszliśmy na dół. Zostaliśmy posadzeni przy stole blisko samej sceny, na honorowym miejscu. Poza nami byli sami Azjaci, więc szybko staliśmy się atrakcją. Na stołach czekało na nas piwo, napoje w puszkach i worki z lodem, chyba leżało też menu (albo coś innego, w każdym razie przy nakryciach były kartki z jakimiś napisami po khmersku). Na początek zaserwowano przekąski - coś w rodzaju małych naleśniczków o mięsnym posmaku, orzeszki z przyprawami, suszone mięso (pyszne!), warzywa, placuszki rybne. Nasi sąsiedzi przy stoliku nie mówili po angielsku, więc "rozmowa" sprowadzała się do wznoszenia toastów i do pokazywania nam, co jak i z czym należy jeść (każdy dostał talerzyk, miseczkę, łyżeczkę i pałeczki; część rzeczy jadło się łyżką, część pałeczkami, a część palcami, więc sami byśmy się w tym nie połapali). Później na stole pojawiły się dania główne: kurczak w panierce z sosami i zieleniną (chyba holy basil, ale pewności nie mam), danie z podrobów i warzyw, potem mięso w orientalnej panierce o konsystencji placuszków i smaku curry z trawą cytrynową, później ryby w całości, a na koniec jeszcze zupa rybna, serwowana z ryżem z warzywami. Jedzenia było w każdym razie sporo. I w przeważającej większości było przepyszne (mi nie do końca smakowały tylko podroby, natomiast placuszki mięsne i ryba - niebo w gębie).
Kiedy wszyscy się najedli, na scenie rozpoczął się pokaz tradycyjnych tańców khmerskich. Każdy taniec opowiadał jakąś historię, dzięki czemu byliśmy w stanie mniej więcej wszystko zrozumieć (mniej więcej, bo jakieś konteksty kulturowe pogubiliśmy na pewno). Był w każdym razie taniec motyla, historia o zalotach rybaków i zbieraczek ryżu, opowieść o Chińczykach i transwestytach (?) i kilka innych.
Później wszyscy odśpiewali sto lat, zamiast tortu były świeże owoce (dużo lepsze rozwiązanie w taki upał), a zamiast fajerwerków - serpentyny w sprayu, po czym zaczęły się standardowe tańce. W zasadzie nie do końca standardowe, bo do większości piosenek tańczono chodząc w kółko dookoła stołu i wykonując głównie ruchy rękami. Tylko czasami kółko było likwidowane. Klimat w każdym razie był niesamowity, bo wszyscy bawili się razem, chociaż spora część miejscowych gości zmyła się po pokazie tańców.
W ogóle mam wrażenie, że na imprezie obowiązywał jakiś zrozumiały dla nich, a nie do końca pojęty dla nas podział - chyba nie na wszystkich stolikach było tyle jedzenia, co u nas, nie wiem też, czy wszędzie był alkohol, część osób była chyba zaproszona tylko na część "oficjalną".
My uciekliśmy z parkietu chwilę przed północą - byliśmy padnięci, a rano czekała nas długa podróż do Phnom Penh. Myśleliśmy, że impreza potrwa do rana, ale równo o północy wyłączono muzykę i wszyscy poszli do domów.
pokaz tańców khmerskich

świętowanie

Podróż Bangkok - Siem Reap 27.03.2014

Jest kilka sposobów, żeby dotrzeć z Bangkoku do Siem Reap - my zdecydowaliśmy się na wersję low budget, czyli pociąg do granicy, potem tuktuk i autobus.
O 5 rano złapaliśmy tuk tuka, który zawiózł nas na dworzec Hua Lamphong (tutaj też uwaga techniczna jeśli chodzi o pisownie: większość nazw własnych jest często zapisywana na różne sposoby, więc możecie ten dworzec znaleźć pod nazwą  Hualamphong i pewnie pod kilkoma innymi też ;) ).
Pociągi do granicy (a właściwie do Aranyaprathet, 10 km przed granicą) jeżdżą 2 razy na dobę: o 5:55 i po 13, przy czym z uwagi na fakt, że granica jest zamykana na noc, lepiej zdecydować się na ten wcześniejszy, bo później można nie zdążyć. Tak też zrobiliśmy. Kupiliśmy bilety za całe 48 baht od osoby i poszliśmy jeszcze poszukać czegoś na śniadanie. Za dworcem znaleźliśmy czynny stragan z jedzeniem, gdzie dostaliśmy całkiem niezły ryż z warzywami i kawę mrożoną, kupiliśmy też owoce na drogę. Owoce zazwyczaj są sprzedawane podzielone na porcje, spakowane do woreczków i z patyczkiem do szaszłyka, żeby można je było wygodnie jeść. Całkiem sprytny patent.
Pociąg ma tylko wagony 3. klasy, ale na początku wydawało się, że będzie nieźle - ławki 1 i 2 osobowe, poustawiane naprzeciwko siebie, otwarte okna dające przewiew. Potem zrozumieliśmy, że byliśmy w błędzie: na ławce, która w Europie byłaby 1-osobowa tu jechały 2 osoby, a na szerszej - 3 ;)

Pociąg, jeszcze jest dość pusto
  Na szczęście komplet miejsc zajęty był tylko przez kawałek podróży, w pozostałym czasie można było wygodnie usiąść. Drzwi od pociągu były otwarte przez całą drogę, zakaz siedzenia na schodach miał charakter dość umowny - można było spokojnie przysiąść i podziwiać widoki. Po drodze co chwilę ktoś sprzedawał coś do jedzenia lub picia: napoje z puszki, ryż z mięsem i jajkiem (skusiłam sie, ale nie powalał), kolby kukurydzy z grilla... A widoki za oknem przepiękne. To znaczy przepiękne od momentu, gdy wyjechaliśmy już z Bangkoku i przestaliśmy mijać leżące wzdłuż torów stosy śmieci. Do Aranyaprathet mieliśmy dojechać o 11:35. Wiedząc, że czeka nas długa droga, zaopatrzyliśmy się jeszcze na lotnisku w alkohol i dzięki temu jazda pociągiem minęła szybciej. Oczywiście o 11:35 stacji docelowej nie było widać. Ale już 2 godziny później pojawiła się na horyzoncie. W międzyczasie zakumplowałam się z jakimiś dzieciakami jadącymi w sąsiednim wagonie, zapozowałam do niezliczonej ilości zdjęć. 3-latka całkiem profesjonalnie pstrykała mi fotki smartfonem większym od mojego ;)

widok z okna pociągu
 A Aranyaprathet złapaliśmy tuktuka do przejścia granicznego w Poi Pet. Generalnie w Tajlandii zasada jest taka, że wszystkie dworce / stacje / inne punkty istotne dla turystów zorganizowane są tak, żeby trzeba było do nich podjechać tuktukiem lub taksówką. Pociąg nie dojeżdża więc do samej granicy, tylko zatrzymuje się 10 kilometrów przed nią.
Na granicy tuktuk nas wysadził, a my poszliśmy przejść kontrolę paszportową. Od października 2014 wiza kosztuje 30 $, można ją wyrobić również przez internet za dodatkową opłatą w wysokości 10 $ (tzn. oficjalnie 7 $, ale doliczają jeszcze 3 $ za przelew). Przed wyjazdem słyszałam, że powszechną praktyką jest wymuszanie łapówki w wysokości 200 baht za wizę - ale nie wiem, jak to wygląda w praktyce, bo przy e-wizie nie mają jak jej wymusić ;) W punkcie kontrolnym mimo posiadania wizy i tak musieliśmy wypełnić dodatkowy formularz (imię, nazwisko, cel podróży itp.), po czym celnik zeskanował nasze odciski palców i nas przepuścił.
Po wszystkim poszliśmy coś zjeść zanim złapiemy autobus. Słyszeliśmy, że w Poi Pet jest dworzec autobusowy, więc poszliśmy go szukać. Na samej granicy były co prawda bezpłatne shuttle bus na dworzec, ale oddaliliśmy się trochę w poszukiwaniu jedzenia, więc stwierdziliśmy, że poszukamy dworca na piechotę. No i nie znaleźliśmy. Widzieliśmy co prawda kilka autobusów zaparkowanych wzdłuż głównej ulicy, ale dworca ani śladu. Cóż, może źle szukaliśmy. W pewnym momencie, po przejściu sporej odległości, zatrzymaliśmy więc po prostu jakiś autobus z tabliczką "Siem Reap". Kierowca za 10 dolarów od osoby zabrał nas na pokład.
Tym sposobem po 18 znaleźliśmy się w Siem Reap. Zjedliśmy obiad w restauracji i zrobiliśmy zakupy w podróbce 7 eleven. Znaleźliśmy jakiś lokalny specyfik nazywany winem ryżowym w zawrotnej cenie 1,50 $ za 0,5 litra. Potem okazało się, że zawrotna jest też moc tego "wina" - 55%. I smakowało jak ocet. Generalnie nie polecamy ;)
Potem złapaliśmy tuktuka do naszego guesthouse'u. I tutaj pojawił się mały problem: w Azji kierowcy nie potrafią czytać map. Mieliśmy wydrukowaną nazwę naszego guesthouse'u i mapkę z zaznaczonym miejscem, w którym się znajduje, a także numer telefonu. Niewiele to dało. Po wytargowaniu 3 dolarów za przejazd kierowca ruszył przed siebie. Dopiero później próbował dowiedzieć się, dokąd w zasadzie ma jechać. Kiedy ustalił, gdzie jest nasz nocleg, był trochę zdziwiony (zarezerwowaliśmy pokój 7 kilometrów za miastem, co wraźnie było widać na mapie). Próbował podnieść cenę do 5 dolarów. W końcu zgodziliśmy się na 4 i ruszyliśmy.
Rezerwację zrobiliśmy w Angkor Voluntary Guesthouse (nie ma ich na booking.com ani na agoda, mają swoją stronę internetową tylko). Początkowo przyjmowali tam tylko wolontariuszy, którzy przyjeżdżali pracować w jednym z licznych NGO'sów w Siem Reap, ale potem poszerzyli ofertę o turystów. Tym sposobem udało nam się zarezerwować ogromny 4-osobowy pokój z łazienką za 9 dolarów za noc (i tylko ciśnienie wody w toalecie pozostawiało trochę do życzenia). Na miejscu okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi :) Przy wejściu do guesthouse'u znajduje się lokalny targ (Svay Thom Market), a na nim stragany i wózki z jedzeniem, w których asortyment zmienia się w zależności od pory dnia.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Kambodża (i kawałek Tajlandii) - czas start! Warszawa-Moskwa-Bangkok 25-26.03.2015

Po pół roku wyczekiwania i planowania (bilety były kupowane z dużym wyprzedzeniem) 25 marca wsiedliśmy do samolotu i ruszyliśmy.
Wcześniej widziałam na forum różne opinie na temat Aerofłotu, ale podróż była całkiem wygodna. Na trasie Warszawa - Moskwa co prawda bez rozrywki pokładowej, a do jedzenia kanapka, soczek i kawa / herbata, ale ta część trasy trwała tylko 2 godziny, więc nic więcej nie było potrzebne.
Lotnisko Sheremetyevo (Szeremietiewo) rzeczywiście spore, ale wyprawa z terminalu D do terminalu F (a tak zazwyczaj wygląda transfer) możliwa do zrobienia w 20 minut. Z ciekawostek - od niedawna jest oficjalny zakaz palenia na całym lotnisku (wcześniej można było palić wszędzie) i nie ma kabin dla palaczy, co powoduje, że wszystkie łazienki służą jako palarnie.
Na trasie Moskwa - Bangkok dostajemy 2 posiłki: obiad i śniadanie. Co prawda nie są do końca zgodne z opisem, który podano w menu, ale raczej zjadliwe. Może za wyjątkiem "owsianki gryczanej z orzeszkami pinii", która okazuje się być po prostu ugotowaną na sypko kaszą gryczaną. Bez orzeszków pinii.
Na tej trasie, a także chyba na trasach Moskwa - Phuket i Moskwa - Hong-Kong, Aerofłot nie serwuje alkoholu. Na pozostałych długich trasach dostępne jest białe i czerwone wino.
Poza tym dostajemy kocyki, poduszki, słuchawki, kapcie, opaski na oczy. W komputerkach pokładowych jest spory wybór filmów, w tym nowych, podzielonych na sekcje. Są między innymi filmy dla dzieci, filmy oscarowe, są też jakieś seriale. Generalnie całkiem nieźle.
26 marca rano lądujemy w Bangkoku. Wymieniamy pieniądze w lotniskowym kantorze po całkiem niezłym kursie i łapiemy taksówkę do centrum. Zgadzamy się jechać za umówioną stawkę zamiast na licznik, bo kierowca zaoferował nienajgorszą cenę (500 baht, w tym już wliczono bramki i opłatę za start z lotniska), a ja po ubiegłorocznych doświadczeniach z tajskimi taksówkarzami wolę wiedzieć z góry ile zapłacę ;)
Taksówkarz zawozi nas na Samsen 1 Rd. Uwaga w kwestii oznaczania ulic w Tajlandii: kiedy mamy główną ulicę, w tym wypadku Samsen Road, boczne uliczki nie mają własnych nazw, tylko są numerowane jako odnogi głównej ulicy. Samsen 1 nie jest więc numerem domu przy Samsen Rd., ale uliczką numer 1 odchodzącą od Samsen.
Idziemy do flapping duck, w którym zatrzymywałam się rok wcześniej i który uwielbiam za ogródek nad rzeką, leżaki, lampiony i niezapomniany klimat. Guesthouse rozbudował się w ciągu tego roku, przejęli również budynek obok.
Po kąpieli i shake'ach owocowych ze straganu obok guesthouse'a ruszamy coś zjeść na Chana Songkhram, niedaleko Khao San Rd. Później spacer przez Khao San i docieramy do świątyni Wat Bavorn Niwet, gdzie dowiadujemy się, że dziś jest święto Buddy i w związku z tym do wielu płatnych świątyń dziś wstęp jest darmowy. Ruszamy więc szukać innych świątyń. Ruszamy jednak w ciemno, co kończy się tym, że niespodziewanie okazuje się, że zrobiliśmy kółko i wróciliśmy do hostelu.

modlitwy w Wat Bavorn Niwet
  Zamiast tego płyniemy więc łodzią do Chinatown (z przystani w parku Santichai Prakan łapiemy orange boat - bilety za 15 baht - i wysiadamy na przystanku Ratchawong). Trochę kręcimy się po Chinatown, próbujemy jedzenie ze straganów (nieodmiennie moim zdaniem wygrywają banany z grilla, chociaż wszelki szaszłyki mięsne też nie są najgorsze).
Potem kupujemy piwo i ruszamy spacerem w drogę powrotną, robiąc po drodze przystanki w parkach, gdzie ludzie ćwiczą aerobik na świżym powietrzu, spacerują bądź po prostu siedzą na trawie. "Dzikiej" zieleni w Bangkoku nie ma za wiele, więc parki przyciągają tłumy.
Pig Monument - bo upamiętnić można wszystko ;)

Wieczorem wcześnie się kładziemy - następnego dnia czeka nas długa podróż do Kambodży.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rzym - informacje praktyczne

Opisałam już całą wycieczkę, więc teraz garść informacji praktycznych (bilety, ceny restauracje, rezerwacje itp.)
Po kolei:

Bilety kupowałam w Ryanairze, bagaż podręczny ze spokojem wystarcza na kilkudniowe zwiedzanie (jest większy limit bagażu podręcznego niż w WizzAirze i można dodatkowo mieć torebkę).

Jeśli chodzi o dojazd z Ciampino do Rzymu, najszybsze opcje były dwie: budy Terravision i SITbus (obydwa zatrzymują się na dworcu Termini, my mieszkałyśmy zaraz obok). Sprawdziłam w internecie godziny odjazdów w obydwu liniach i wybrałam SITbus, bo godziny bardziej nam pasowały. Bilety do kupienia tutaj. Od razu po wyjściu z lotniska udało nam się wsiąść do autobusu. Na Ciampini stacje obydwu linii są obok siebie, na Termini SITbus odjeżdża bardziej ze "szczytu" dworca (bliżej Piazza Republica). Przy zakupie przez internet ceny w SITbusie i Terravision są takie same, 4 euro w jedną stronę (na miejscu odrobinę drożej, chyba 6 euro).

Zwiedzanie:
Z wyprzedzeniem przez internet zarezerwowałyśmy zwiedzanie nekropolii pod Bazyliką i grobu św. Piotra. Ne można tu kupić biletów na miejscu, ponoć najlepiej rezerwować jakiś miesiąc wcześniej, w niedziele nieczynne. Zwiedzanie z przewodnikiem kosztuje 13 euro, miałyśmy polskiego przewodnika, wycieczka trwała ponad 1,5 godziny. Info o rezerwacji tutaj.
Na miejscu kupiłyśmy jedynie bilety do Koloseum (w pakiecie z biletem do Forum Romanum), bilet normalny 12 euro, ulgowy chyba 7,50. Nie ma zniżki studenckiej, jest określona wiekowo (nie pamiętam, do którego roku życia).
Resztę zabytków zwiedzałyśmy za darmo.
Z mapką Rzymu nie ma problemu, rozdają za darmo w każdym hotelu / hostelu.

Hotel:
Rezerwację robiłam przez booking.com, Romina Rooms kosztowało w promocji 120 euro za 3 osoby za 3 noce (pokój ze wspólną łazienką), ale - jak już pisałam - ostatecznie zakwaterowali  nas w Cortorillo, który normalnie jest odrobinę droższy. W cenie było miniśniadanie, czyli cappucino z automatu i mały croissant pakowany próżniowo. Na miejscu można też zapłacić 3 euro i wtedy ma się szwedzki stół. Wybór może nie powala, ale za tą cenę jest w pełni wystarczający (minicroissanty, kawa, herbata, sok pomarańczowy, jogurt, mleko, 2 rodzaje płatków, jakieś ciasteczka, dżemy, chyba też pieczywo i pomarańcze). Internet w hotelu jest bezpłatny, pokój dość wygodny i czysty. Wiadomo, żadnych luksusów, ale zupełnie przyzwoicie.

Jedzenie:
Przed wyjazdem zrobiłam mały research w internecie, żeby nie biegać potem na ślepo. Knajpy sprawdzałam m.in. na bookadvisorze (wiem, że ostatnio była afera z fałszywymi opiniami na tym serwisie, dlatego przede wszystkim oglądałam zdjęcia wrzucone przez użytkowników), na fly4free i ogólnie w internecie.
Pierwszy lunch w Salento Salato bardzo mi smakował i był tani (Via Borgo Pio, w bocznej uliczce pomiędzy Watykanem a zamkiem św. Anioła). Wszystko świeże, bardzo krótka karta, codziennie zmieniana. Przykładowe ceny: lasagne 7 euro, ryż z pomidorami i mozarellą 7 euro, warzywa z pieca 6 euro, kieliszek wina chyba 4 euro.
Wieczorem poszłyśmy do La Prosciutteria (Via Della Panetteria, niedaleko fontanny di Trevi - rewelacyjne deski serów i wędlin, bardzo dobre wino, ale trudno dostać stolik, nam się udało tylko dlatego, że byłyśmy tam po 17 i dorwałyśmy ostatni wolny, potem do wejścia stała kolejka;) ). Polecam "mix plate" - deska serów, wędlin, kanapek z różnymi pastami (tapenada, coś z cebulki i coś w stylu twarożku ze śmietaną), do tego pieczyw, jakieś rodzynki, plastry gruszki itp. Cena zależy od rozmiaru i ilości osób, średni talerz to 10 euro od osoby. Najtańsze wino 9 euro za butelkę.
Drugi lunch wypadł w knajpie blisko Forum Romanum, nazwy niestety nie zapamiętałam, to była taka typowa restauracja turystyczna (makarony ok. 10 euro, porcje dość małe, ale smaczne, herbata 6 euro, tego typu klimaty).
Potem kolacja na Trastevere w Cajo&Gajo (Piazza San Callisto). Pizza ok. 9 euro, risotto 9-10 euro, karczoch 4,5 euro, kieliszek wina domowego chyba też 4,5. Mięsne dania odpowiednio droższe. Jedzenie dobre - najlepiej wyglądała pizza.
I na koniec Enoteca Provincia Romana - vis a vis kolumny Trajana, mała knajpka o ascetycznym nowoczesnym wystroju, promująca lokalne wina (głównie z Lacjum) i sery oraz wędliny. Ciche i spokojne miejsce, ale bardzo mi się podobało. Deska serów i wędlin 10 euro, większość win 7,5 euro za półlitrową karafkę (odpowiednio chyba 12,5 euro za butelkę).
Jeśli chodzi o lodziarnie, na miejscu polecano nam sieć Blue Ice, ale nie dotarłyśmy tam - w centrum jest kilka lokali, dość łatwo je znaleźć, my mijałyśmy ich lodziarnie parę razy.
Największy problem miałam ze znalezieniem bezglutenowych śniadań - wszędzie można dorwać drożdżówkę, ciastko, panini... i to w zasadzie tyle. Normalne jedzenie zaczyna się dopiero później. Gdzieś dorwałam bakłażana z pomidorami i mozarellą, ale wybór śniadań dla osób na diecie bezglutenowej zdecydowanie nie powala. 

Inne ceny:
- bilet na metro - 1,5 euro, ważny przez 100 minut
- pieczone kasztany - 5 euro za mały papierowy stożek napełniony kasztanami
- woda mineralna - jakieś 1 euro
- pocztówki - ok. 0,50 euro, znaczek 1 euro
- wspomnienia - bezcenne:)






Rzym - część II

Niedziela, 17.01.2015
trasa niedzielnego zwiedzania, część I
 Niedzielne zwiedzanie zaczęłyśmy od placu Wiktora Emanuela II, na którym znajduje się park i zamek. Pogoda niestety nam nie sprzyjała, lekko padał deszcz i było dość pochmurno, więc spacer po parku siłą rzeczy był dość krótki - tym bardziej, że miałyśmy bardzo ambitne plany na ten dzień (następnego dnia wcześnie rano musiałyśmy już wracać do domu).
 Z parku poszłyśmy do Santa Maria Maggiore (Bazylika Matki Bożej Śnieżnej), a następnie do Bazyliki Laterańskiej, która przez długi czas była siedzibą papieży, i do położonego obok Baptysterium Jana Chrzciciela.
Po części kościelnej nadszedł czas na część antyczną - ruszyłyśmy do Koloseum. Niezrażone długą kolejką do wejścia kupiłyśmy bilety (bilet upoważniał również do wstępu do Forum Romanum, ale nie zdążyłyśmy tam pójść, z zewnątrz też był zresztą świetny widok). Wcześniej miałam okazję widzieć Koloseum tylko z zewnątrz, więc bardzo mi zależało, żeby je zwiedzić od środka. I muszę przyznać, że nie żałuję czekania w kolejce w deszczu, było warto. Gdyby jeszcze tylko co 5 sekund nie zaczepiali nas uliczni sprzedawcy z hasłami: "Poncho, umbrella?" albo - moim ulubionym - "Selfie stick, madame?"... Jeśli ktoś się z tym wcześniej nie spotkał - selfie stick to taki teleskopowy kijek, na którym znajduje się specjalne umocowanie na smartfona. Turyści (głównie Azjaci, ale nie tylko) chodzą potem z tym smartfonem na kijku i robią sobie zdjęcia, unikając tym samym efektu zdjęcia "z ręki"; wygląda to dość komicznie, zwłaszcza przy najpopularniejszych atrakcjach, gdzie stoją dziesiątki ludzi z tymi kijkami i pozują.
Koloseum - przestało padać, ale słońce nadal nie wyszło
 Po zwiedzeniu Koloseum i rzuceniu okiem na Łuk Konstantyna Wielkiego nadszedł czas na lunch :) Skręciłyśmy w jedną z uliczek - niestety, wszystkie knajpy wokół były mocno turystyczne, czyli drogo i małe porcje. Na szczęście jedzenie nie było złe: moje risotto zjadliwe, a tagliatelle ponoć wręcz pyszne.
Pokrzepione posiłkiem (choć ja nadal trochę głodna) przeszłyśmy się wzdłuż Forum Romanum, a następnie wzdłuż Foro Traiano, docierając do Kolumny Trajana. Kolumna, poza tym, że jest ciekawa architektonicznie (wyrzeźbiono na niej sceny upamiętniające zwycięskie bitwy z Dakami), jest jednocześnie miejscem pochówku Trajana i jego żony (prochy umieszczono w cokole kolumny).
Forum Romanum
 Następnie, siłą rzeczy, skoro już byłyśmy na placu Weneckim, poszłyśmy zobaczyć Ołtarz Ojczyzny z pomnikiem Wiktora Emmanuela II i Grobem Nieznanego Żołnierza (ołtarz wzniesiono na ruinach świątyni Jowisza, co jest dość kontrowersyjne). Zaraz obok znajdował się Kapitol, więc po raz kolejny wdrapałyśmy się po schodach.
A później było już z górki, bo ruszyłyśmy w dół w stronę rzeki. Po drodze weszłyśmy do lodziarni, gdzie jak się okazało sprzedawcą był Polak. Kiedy usłyszał, że my też jesteśmy z Polski, wziął od nas mapę i zaznaczył na niej ciekawe miejsca, które jego zdaniem warto zwiedzić. Część z nich już widziałyśmy, na niektóre brakowało nam czasu, ale za jego radą poszerzyłyśmy trasę o kościół św. Sabiny (przy ulicy o tej samej nazwie) i coś, co określił jako "idźcie do końca via Santa Sabina i spójrzcie przez dziurkę od klucza".
Ruszyłyśmy więc w tym kierunku, po drodze oglądając ruiny Teatru Marcella i kościół Santa Maria in Cosmedin - niestety kościół tylko z zewnątrz, bo zobaczyłyśmy przed wejściem sporą grupkę ludzi i stwierdziłyśmy, że nie mamy czasu czekać. Szkoda, bo w kościele znajduje się ciekawa rzecz - Bocca della Verita (Usta Prawdy), czyli twarz ze szczeliną, w którą oskarżeni o przestępstwo musieli włożyć rękę. Jeśli kłamali, ponoć rzeźba odgryzała im dłoń. Ciekawa jestem, ilu kłamców w ten sposób namierzyli ;)
Bazylika Santa Sabina pochodzi z IV wieku, jest bardzo skromna i ascetyczna, ale warta zobaczenia. Idąc w stronę tajemniczej "dziurki od klucza" mijałysmy park. Weszłyśmy do środka, a tam niespodzianka - drzewa mandarynkowe obwieszone owocami. Wiem, że zimą jest sezon na cytrusy, ale mimo to owoce dojrzewające na drzewie w styczniu mnie zaskoczyły. Były jednak bardzo kwaśne ;)
Wreszcie dotarłyśmy do dziurki od klucza. Namierzenie jej nie było trudne - zobaczyłyśmy grupkę ludzi stojącą przed drzwiami i zaglądającą do środka. Oczywiście też zajrzałyśmy i naszym oczom ukazała się... Bazylika św. Piotra, widoczna w jakimś dziwnym prześwicie. Po powrocie do domu doczytałam, co to jest - brama prowadzi do ogrodów Zakonu Maltańskiego, w ogrodzie zaś znajduje się prześwit. Ogrody położone są na wzgórzu nad rzeką, dlatego bazyliki nic nie zasłania. Doczytałam też, że w ogrodzie nie rosły mandarynki, tylko gorzkie pomarańcze ;)
niedzielne zwiedzanie, część II
 Powoli robiłyśmy się znowu głodne, więc ruszyłyśmy w stronę Trastevere (Zatybrza), bo wcześniej słyszałam, że jest tam dużo fajnych knajpek. Po drodze przeszłyśmy przez wyspę na rzece Mostem Fabrycznym. Pokręciłyśmy się po Zatybrzu, które ma klimat małego włoskiego miasteczka - wąskie uliczki, skutery, ogródki na balkonach.
widok na wyspę i Most Fabryczny
 Usiadłyśmy w Cajo&Gajo blisko kościoło Santa Maria in Trastevere. Jedzenie bardzo dobre - pizza z bakłażanem i cukinią, którą zamówiły dziewczyny, wyglądała przepysznie, ja skusiłam się na risotto z parmezanem i szparagami (bardzo dobre, choć porcja znowu niewielka) i karczocha po żydowsku (Carciofi alla giudìa), który był smażony w głębokim tłuszczu, a smak określiłabym jako chipsy z karczocha, interesujące :) (knajpy również opiszę w osobnym poście).
karczoch po żydowsku
Później poszłyśmy pod kościół Santa Maria in Trastevere, przepięknie oświetlony (niestety już zamknięty, bo było późno) i mostem Garibaldiego wróciłyśmy na drugą stronę rzeki. Przeszłyśmy koło Area Sacra, jest to teren wykopalisk, w których odkryto ruiny czterech świątyń, a na ich terenie zamieszkało mnóstwo kotów, więc jest to jednocześnie zabytek i coś w rodzaju schroniska dla kotów.
Wróciłyśmy pod Kolumnę Trajana, gdyż przed wyjazdem czytałam, że jest tam fajna winiarnia (Enoteca Provincia Romana). Miałyśmy duży problem, żeby ją znaleźć, mimo że stałyśmy tuż obok - znajduje się dokładnie vis a vis kolumny ;) Winiarnia ma bardzo ascetyczny, prosty i nowoczesny wystrój, ja akurat lubię takie klimaty. Powstała, żeby promować lokalne wyroby: głównie wino z Lacjum, ale też sery, wędliny itp. Białe wino z Lacjum, które zamówiłyśmy, żeby miło zakończyć wieczór, rzeczywiście było bardzo dobre, delikatne w smaku.
Enoteca; na zdjęciu tego nie widać, ale miałyśmy tuż przed nosem Kolumnę Trajana i Forum Traianum.
 Posiedziałyśmy tam chwilę, ale zmęczenie i ból stóp po całodziennym maratonie po mieście spowodowały, że postanowiłyśmy wracać do hotelu (zwłaszcza, że zrobiło się już dość późno i chyba byłyśmy ostatnimi gośćmi w knajpie).
Przeszłyśmy jeszcze obok Santa Maria Maggiore, przepięknie oświetlonej w nocy, i położyłyśmy się spać - o 5:30 rano miałyśmy już niestety autobus na lotnisko.
Nie obyło się jednak bez przygód - co prawda autobus przyjechał o czasie (znowu miałyśmy kupione bilety na SITbus), ale dalej było gorzej. Wywołano nasz lot, wsiadłyśmy do busa mającego nas zawieźć do samolotu, a tu w pewnym momencie przyszedł ktoś z obsługi i cofnął wszystkich z powrotem. Okazało sie, że z powodu mgły wstrzymano wszystkie loty. Jakieś pół godziny później nasz lot został jednak znowu wywołany, wsadzono nas do samolotu, gdzie... czekałyśmy kolejne półtorej godziny, aż mgła opadnie. Podobno i tak miałyśmy szczęście, że mimo opóźnionego wylotu wylądowałyśmy w Poznaniu, bo poprzedniego dnia z powodu mgły samoloty z kolei nie lądowały na Ławicy ;) Tym miłym akcentem skończyłyśmy weekendowy wypad - zmęczone, ale zadowolone.
W kolejnym poście - informacje praktyczne, bilety, hotele, dojazdy, ceny i knajpy:)



Veni, vidi, vici, czyli Rzym 16-19 stycznia 2015 (część I)

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią wrzucam relację z Rzymu. Ostatecznie pojechałyśmy w trzy, dołączyła do nas jeszcze jedna koleżanka.
W piątek wieczorem przyleciałyśmy na Ciampino, udało nam się od razu wsiąść w autobus na Termini (miałyśmy wcześniej kupione bilety na SITbus, bo miał dogodniejsze dla nas godziny połączeń niż Terravision) i po 22 byłyśmy w centrum. 
Hotel, który zarezerwowałyśmy, Romina Rooms, znajduje się przy samym Termini. Nie ma jednak swojej recepcji - na stronie internetowej napisane było, że recepcja jest wspólna dla Romina Rooms i dla hotelu Cortorillo, który znajduje się na sąsiedniej ulicy. Poszłyśmy więc tam. Pokazałam recepcjoniście wydruk rezerwacji, zapłaciłyśmy, a on... podał nam klucz do Cortorillo. Tłumaczę, że mamy rezerwację w Romina Rooms. W odpowiedzi usłyszałam: "Wiem, ale przyleciałyście późno, nie chce mi się Was o tej porze prowadzić Was do Romina, więc zakwaterowałem tam kogoś innego, a zamiast tego dostaniecie pokój tutaj. Z osobną łazienką. Ok?". Biorąc pod uwagę, że rezerwację robiłyśmy na pokój ze wspólną łazienką, odpowiedziałam, że jak najbardziej OK :) I był to dobry wybór, bo hotel jest czysty, pokój wygodny, a osobna łazienka zawsze stanowi plus.
Nie chcąc marnować więcej czasu, poszłyśmy zanurzyć się we włoskiej atmosferze, czyli innymi słowy napić się i coś zjeść. Znalazłyśmy całkiem przyjemną knajpkę, Taverna Italiana, napiłyśmy się wina i zjadłyśmy karczochy. Niestety, chwilę po północy zamykali, więc musiałyśmy się zbierać. Wychodząc, spotkałyśmy jeszcze Polkę mieszkającą od prawie 40 lat w Holandii, bardzo zresztą sympatyczną, która była tak zachwycona, że spotkała kogoś mówiącego po polsku, że wdała się z nami w pogawędkę. Po wymianie planów na zwiedzanie wróciłyśmy do hotelu, żeby się wyspać przed sobotnim zwiedzaniem.

Sobota - zwiedzania dzień pierwszy
mapka z zaznaczoną sobotnią trasą zwiedzania
 Jako że na 11 miałyśmy zarezerwowane zwiedzanie nekropolii pod Watykanem (w tym grobu św. Piotra), rano wsiadłyśmy w metro i pojechałyśmy do Watykanu (linia A w kierunku Battistini, wysiada się na stacji Ottaviano i później idzie prosto Via Ottaviano, podążając za tłumem;) ).
Z premedytacją zdecydowałyśmy wcześniej, że Muzea Watykańskie odpuszczamy i kiedy zobaczyłyśmy kolejkę po bilety, mogłyśmy tylko pogratulować sobie decyzji. Pokręciłyśmy się po
Placu św. Piotra, obejrzałyśm szopkę bożonarodzeniową i poszłyśmy zwiedzać.
Przed 11 stawiłyśmy się na miejscu zbiórki, podczas rezerwacji (szczegóły dotyczące rezewacji i innych kwestii technicznych zamieszczę w kolejnym poście) wybrałyśmy polskiego przewodnika. Naszą 10-osobową polską grupę oprowadzał ksiądz Bogdan, byłyśmy naprawdę zadowolone, bo bardzo ciekawie opowiadał. W tym miejscu, jeżeli ktoś nie jest nieprzekonany, muszę zaznaczyć, że sama jestem osobą niewierzącą, a mimo to wycieczka zrobiła na mnie duże wrażenie, miejsce ma ogromną wartość historyczną. Nie jest to typowa "pielgrzymka" i z całym przekonaniem polecam taką wycieczkę każdemu.
Robienie zdjęć w nekropolii jest niestety zakazane, więc nie mogę zilustrować tego fragmentu, ale byłam pod dużym wrażeniem. Pierwotna bazylika została wybudowana w IV wieku (potem postawiono tę, która stoi do dziś). W celu stworzenia bazyliki zasypano cmentarz, na którym chowano niegdyś bogatych Rzymian (wielu pochodzenia greckiego) i zbudowano bazylikę tak, aby główna kaplica znajdowała się nad grobem św. Piotra. Aż do 1939 roku nie wiedziano, że w tym miejscu był kiedyś cmentarz, dopiero po śmierci Piusa XI, który chciał być pochowany jak najbliżej św. Piotra, przypadkiem odkryto stare grobowce. Ksiądz oprowadził nas po podziemiach bazyliki, pokazał grobowce i wskazywał na różne elementy charakterystyczne świadczące o tym, skąd pochodziła osoba pochowana w danym miejscu i jakiego była wyznania. Zwieńczeniem wycieczki była wizyta przy grobie św. Piotra - o ile nie ma 100% pewności, czy rzeczywiście kości w nim się znajdujące są kośćmi św. Piotra (chociaż wszystko na to wskazuje), gdyż znaleziono je nie w głównym "pomieszczeniu" trumny, a w dobudowanym ołtarzu, o tyle nie ma wątpliwości, iż jest to jego grób (wiadomo też, że szczątki były na pewien czas przeniesione w inne miejsce, co może być przyczyną ich przesunięcia).
Później ksiądz oprowadził nas po kilku kaplicach w podziemiach, kto chciał, mógł się tam pomodlić.
Po wyjściu poszłyśmy zwiedzić samą bazylikę, widziałyśmy też zwierzęta wystawione na placu św. Piotra w małych klatkach (to chyba miało odzwierciedlać faunę stajenki w Betlejem) - to było okropne: klatki bardzo małe, wokół tłumy ludzi, widać, że zwierzęta się męczyły.
krowa na placu w Watykanie
 Później zdecydowałyśmy się coś zjeść. I tu strzał w 10 - niedaleko Watykanu znalazłyśmy małą knajpkę, Salento Salato, w której menu składało się dosłownie z kilku dań i było codziennie zmieniane (my miałyśmy do wyboru 2 focaccie, 2 inne słone wypieki z nadzieniem, lasagne, roladki z bakłażana w sosie pomidorowym z mozarellą, ryż z pomidorami i mozarellą, grillowane warzywa i bodajże kurczaka). Jedzenie pyszne, świeże i niedrogie, minimalistyczny wystrój, bardzo przyjemna atmosfera, a do posiłku podano, zdaniem mojej koleżanki, najlepsze pieczywo, jakie w życiu jadła :)
Salento salato
Najedzone, poszłyśmy obejrzeć położony na brzegu Tybru Zamek św. Anioła. Potem kawa dla nabrania sił;), następnie Campo de'i Fiori - plac nie zrobił na nas dobrego wrażenia, był strasznie brudny.
Kolejny plac, czyli Piazza Navona, wypadł zdecydowanie lepiej. W czasie gdy dziewczyny robiły zdjęcia fontann, ja próbowałam rozgryźć tajemnicę "lewitującego mnicha". Chodziłam dookoła niego i nie mogłam dojść do tego, w jaki sposób wisi w powietrzu (następnego dnia widziałam kolejnego lewitującego mnicha i rozgryzłam ich tajemnicę, ale nie będę psuć Wam zabawy i jej zdradzać;) ).
lewitujący mnich
 Później minęłyśmy Palazzo Madama i poszłyśmy zobaczyć Panteon. Niestety, miała właśnie zacząć się msza (?! tak przynajmniej zrozumiałam) i nikogo nie wpuszczali, więc obejrzałyśmy go z zewnątrz i tylko rzuciłyśmy okiem do środka. 
Następnie zwiedziłyśmy kościół św. Ignacego Loyoli i poszłyśmy w stronę Fontanny di Trevi. Wiedziałam, że jest remontowana i w związku z tym zasłonięta rusztowaniem, ale monetę wrzucić trzeba;) Na miejscu rzeczywiście nic nie widać, ale jest minifontanna z napisem "tu wrzucać monety". Cóż robić, wrzuciłyśmy i pozostaje tylko mieć nadzieję, że minifontanna ma taką samą moc sprawczą.
tak obecnie wygląda fontanna di Trevi
 Na tym zakończyłyśmy sobotnie zwiedzanie zabytków i przystąpiłyśmy do zaznajamiania się z Rzymem od kuchni - w Prosciutterii niedaleko fontanny, gdzie serwowali pyszne sery, wędliny i wina. Przy stoliku obok siedziały dwie Rosjanki, więc wieczór szybko przerodził się w słowiańską integrację we włoskim stylu:)
bo kuchnia jest ważnym elementem kultury i tożsamości narodowej;)
Ciąg dalszy nastąpi:)




środa, 26 listopada 2014

A przed Kambodżą... Rzym:)

Rozchorowałam się. Bywa. Korzystając więc z tego, że i tak siedzę w domu i się nudzę, postanowiłam poszukać informacji o Kambodży, żeby przygotować się do wyjazdu. W pewnym momencie pomyślałam, że do tego wyjazdu zostało jeszcze tyle czasu.... i kupiłam bilety do Rzymu na styczniowy weekend.
W Rzymie byłam raz, ale spędziłam tam tylko jedną noc (dosłownie noc, bo przyleciałam późnym wieczorem z Lampedusy a wcześnie rano miałam wylot do Warszawy), więc jakkolwiek w szaleńczym tempie starałam się wtedy zobaczyć jak najwięcej, czułam duży niedosyt.
Ryanair ma bardzo sensowne połączenia - wylatuję w piątek wieczorem, a do Poznania wracam w poniedziałek o 10:25, dzięki czemu spóźnię się do pracy jakieś 2 godzinki i nie muszę brać urlopu:) Co więcej, w styczniu bilety są dość tanie, co w połączeniu z temperaturą sięgającą wtedy kilkunastu stopni (i utrzymującą się na plusie przez całą dobę) przeważyło szalę. Niedługo zatem kolejna relacja!

Plusy ostatniego nocnego zwiedzania Rzymu - w nocy łatwiej zrobić zdjęcie, na którym w kadr nie wchodzą inni turyści;)