środa, 6 kwietnia 2016

Powtórka z Kanchanaburi

W związku ze zmianą planów, w czwartek wstałyśmy wcześnie i złapałyśmy taksówkę na dworzec Thonburi, skąd o 7:45 odjeżdżał pociąg do Kanchanaburi. Pociągi jeżdżą 2 razy dziennie, podróż trwa 3 godziny i kosztuje 100 baht. Można też złapać busa z dworca południowego lub północnego. Autobusy jeżdżą częściej i podróż trwa godzinę krócej, ale uważam, że przejażdżka pociągiem to dodatkowa atrakcja.
W Kanchanaburi zarezerwowałyśmy nocleg w Canaan Guesthouse - bardzo przyjemne (i tanie) miejsce w cichej uliczce tuż przy dworcu autobusowym, trochę daleko od centrum turystycznego, ale w przypadku Kanchanaburi "daleko" oznacza 3-5 minut jazdy tuk tukiem, więc da się przeżyć ;) Jeśli wolicie zatrzymać się w centrum, polecam z kolei Jolly Frog.
Zwiedzanie miasteczka wyglądało standardowo (pakiet atrakcji jest tu stały), czyli most na rzece Kwai, Muzem II Wojny Światowej i Ceramiki (!), cmentarz wojenny. Poszłyśmy też na lunch do mojej ulubionej wegetariańskiej knajpy On's Thai Issan Vegetarian Restaurant, która od mojej poprzedniej wizyty w Kanchanaburi się rozbudowała - poprzedni lokal służy teraz jako sala lekcyjna podczas kursów gotowania, a nowa restauracja jest naprzeciwko. Za to jedzenie nadal tak samo pyszne :)
Korzystając z okazji, zrobiłam też pranie w jednej z samoobsługowych pralni, w której była też od razu suszarka do ubrań.
Wieczorem wyskoczyłam jeszcze na night market, gdzie objadłam się sushi, a potem poszłam spać, bo następnego dnia czekała nas podroz do Ayutthai.

czwartek, 31 marca 2016

Z powrotem w Bangkoku!

Wreszcie nadszedł ten dzień - z plecakiem ciężkim  jak nigdy przedtem (w końcu wyjeżdżam na kilka miesięcy) wsiadlam do samolot i rozpoczęłam podróż.  Lot co prawda nie należał do najbardziej komfortowych,  bo siedziałam w ostatnim rzędzie przy toalecie, a pozatym nie było cateringu,  ale biorąc pod uwagę,  że za 500 złotych miałam bilet na bezpośredni lot dreamlinerem, raczej nie mogę narzekać; )
Niestety,  przez cały lot nie zmrużyłam oka, więc kiedy rano wylądowaliśmy w Bangkoku, wiedziałam,  że to będzie ciężki dzień.  Na lotnisku kupiłam od razu kartę sim do telefonu,  żeby mieć wszędzie internet.  Co prawda prawie wszędzie jest darmowe wi-fi, ale planuję za 3 tygodnie przesiąść się na rower, więc wolę miec dostęp do internetu w każdym miejscu.  Karta do telefonu za 550baht w sieci AIS zapewnia 4,5 GB transferu danych przez miesią (i 50 baht do wykorzystania na rozmowy i smsy), czyli zupełnie wystarczająco.  
Na lotnisku wsiadłyśmy w kolejkę (airport city link) do centrum, a później w 5 osób (z moją przyjaciółką i trójką Polaków,  z którymi leciałyśmy samolotem) złapaliśmy tuk tuka, który teoretycznie był dwuosobowy, wiec jazda w piątkę z naszymi bagażami była sama w sobie przygodą.  
Pierwsza polowa dnia upłynęła nam na odsypianiu lotu,  ale po południu wsiadlysmy w łódkę i popłynęłyśmy do Chinatown- mekki smakoszy. Chinatown nie zawiodło, sataye z sosem orzechowym, sajgonki i kaczka w cynamonowej marynacie  pozwoliły nam zapomnieć o trudach podróży.  Postanowiłyśmy zobaczyć jeszcze flower market, a po drodze wejść na dworzec Hua Lompong, żebym kupiła bilet do Chiang Mai. Jadę tam dopiero za 2 tygodnie, ale bilety szybko się wyprzedają, zwłaszcza w tym okresie - dzień po moim planowanym przyjeździe zacznie się Songkran, czyli tajski Nowy Rok.  Songkran szczególnie hucznie jest obchodzony w Bangkoku i właśnie w Chiang Mai. I rzeczywiście,  z biletami był problem. Na wybrany przeze mnie termin anina kolejne 2 dni nie było już żadnych miejsc sypialnych ani nawet sensownych miejsc siedzących.  Zostały tylko miejsca siedzące w trzeciej klasie w nocnym pociągu,  który jedzie 14 godzin.  Czeka mnie więc niezwykle komfortowa podróż ;) Na pocieszenie czekały mnie za to piękne widoki na targu kwiatowym. Na kwiaty jest tu duży popyt, bo Tajowie składają je w świątyniach i kapliczkach domowych. Targ byl więc pełen ludzi i kwiatów w przeróżnych postaciach - bukietów,  girland, a nawet samych kielichów. Wyglądało to niesamowicie - zwłaszcza girlandy robiły wrażenie.
Następnego dnia wstalam wcześnie rano  wiec korzystając ze sprzyjającej temperatury poszłam pobiegać do parku obok pałacu królewskiego.  Spotkałam pojedyncze osoby, które wpadły na ten sam pomysł - zdecydowanie więcej ludzi decyduje się na uprawianie sportów po zmroku.
Następny dzień upłynął nam na zwiedzaniu Wat Mahathat (mniej znana świątynia niedaleko Grand Palące, bardzo klimatyczna), Wat Pho (Zuza zwiedzała, ja usiadłam z książką przy mrożonej herbacie jaśminowej, bo juz tam kiedyś byłam - ale uważam, że warto się tam wybrać, odsyłam do wpisu sprzed 2 lat) i Wat Saket na Golden Mount - jednej z moich ulubionych świątyń, którą odwiedziłam po raz kolejny. Golden Mount to świątynia wybudowana na wzgórzu powstałym z gruzów stupy postawionej przez Ramę III, która przewróciła się wskutek erozji gleby. W zasadzie świątynia nazywa się Wat Saket, a Golden Mount to nazwa wzgórza, ale ono całe stało się poniekąd obiektem sakralnym, znajdują się na nim gongi, dzwony, posągi buddy i pomnik / instalacja upamiętniająca fakt, ze podczas epidemii cholery składowano tu zwłoki.
Popołudnie przeznaczamy na relaks w Parku Lumphini. Niestety, nie udaje nam się spotkać waranów, które żyją tam na wolności, ale rano widziałyśmy jednego na ulicy, więc tę atrakcję mamy zaliczoną. Odwiedzamy też Erawan Shrine (Kapliczkę Słonia Erawan?), w której Tajowie modlą się i składają dary: kadzidła, owoce, monety, kwiaty i figurki słonia. Można też zapłacić pracującym tam kobietom, żeby śpiewały, podczas gdy my się modlimy. Ta usługa cieszy się sporym zainteresowaniem. Erawan Shrine robi niesamowite wrażenie również dlatego, że znajduje się w bogatej dzielnicy miasta, przy samym centrum handlowym ze sklepami Louisa Vuittona czy Stelli McCartney. Zderzenie tych dwóch światów robi piorunujące wrażenie.
Na zakończenie dnia zaliczamy jeszcze atrakcje w postaci przejażdżki SkyTrainem, bo chemy zobaczyć miasto z góry. Niestety, w oknach wagonów odbija się światło, więc za wiele nie widzimy ;)
Początkowy plan zakładał, że po 2 dniach w Bangkoku pojedziemy na trekking do Parku Narodowego Khao Yai, a stamtąd do Ayutthai. Plany mają jednak to do siebie, że lubią się zmieniać. Dochodzimy do wniosku, że trekking z naszymi ciężkimi plecakami po ostatnich 2 dniach spędzonych na intensywnym chodzeniu po mieście niekoniecznie nas uszczęśliwi. Zamiast tego decydujemy się zostac dzień dłużej w Bangkoku, a potem pojechać na 1 noc do Kanchanaburi o stamtąd do Ayutthai.
Następny dzień Zuza przeznacza na zwiedzanie Grand Palace, a ja na nadrabianie zaległości w lekturach. W Pałacu Królewskim nigdy nie byłam, ale jakoś mnie tam nie ciągnie, głównie z uwagi na tłum turystów i hałas (nadawane przez megafon komunikaty dla zwiedzających działają na mnie odstraszająco). Kupuje więc na pobliskim straganie szejka z mango i bananów, siadam w hostelowym ogródku na macie, otwieram reportaż Tiziano Terzaniego o Azji i czuję się całkiem zadowolona :)

środa, 9 marca 2016

Szczepienia przed podróżą do Azji - gdzie, kiedy, na co?

Na początku tego posta wyjaśniam jedną kwestię formalną, chyba dość oczywistą - informacje, które tu zamieszczam, oparte są wyłącznie na moich własnych doświadczeniach, nie mogą one zastąpić konsultacji z lekarzem (którym ja nie jestem). Mimo to zdecydowałam się opisać, jak to wyglądało w moim przypadku, żeby ułatwić innym przygotowania - porada lekarska jest konieczna, ale zestaw zalecanych szczepień jest zazwyczaj w miarę zbliżony, dostosowany do celu podróży, a nie do uwarunkowań osobistych konkretnego pacjenta.
Jakie zatem szczepienia robiłam, a z jakich zrezygnowałam i dlaczego?
WZW typu B - na żółtaczkę typu B byłam szczepiona w podstawówce, kiedy poszłam do lekarza, zrobił mi badanie krwi i okazało się, że nadal mam zachowaną odporność na tę chorobę. Lekarz powiedział, że po 10 latach od czasu szczepienia warto sprawdzić, czy nadal jesteśmy uodpornieni.
WZW typu A - na żółtaczkę typu A w szkole szczepień nie było (a przynajmniej nie za moich czasów, nie wiem, jak to wygląda obecnie). Lekarka zaleciła mi to szczepienie, kiedy po raz pierwszy jechałam na wakacje do Tajlandii. Szczepienie robi się dwa razy, w odstępie 6 miesięcy, przy czym już po pierwszej dawce można jechać na wakacje, drugie ma charakter utrwalający. Szczepienie można zrobić nawet 2 tygodnie przed wyjazdem. Koszt jednej dawki to ok. 180 zł, podczas żółtego tygodnia (2 razy do roku, na początku kwietnia i na początku października) są zniżki, ja płaciłam 150 zł. Po pół roku powtórzyłam szczepienie (znowu w trakcie żółtego tygodnia) i mam z tym spokój na zawsze. Jest to starndardowa szczepionka dostępna w punktach szczepień.
Błonica, tężec, krztusiec - na szczęście nie musiałam robić tego szczepienia (to jest jedna szczepionka na trzy choroby), bo miałam je robione w wieku 19 lat jako szczepienie obowiązkowe, a zachowuje ono ważność na 10 lat. W związku z tym będę musiała je powtórzyć w przyszłym roku, ponieważ przy wyjazdach do Azji Południowo-Wschodniej jest ono zalecane.
Dur brzuszny - dziś wróciłam ze szczepienia na dur brzuszny, stąd inspiracja do napisania tego posta ;) Jakkolwiek przed wyjazdem do Tajlandii lekarka nie uznała tego za konieczne, w przypadku Laosu czy Wietnamu widnieje ono na liście zalecanych szczepień (na dobrą sprawę powinnam była zaszczepić się na dur brzuszny przed zeszłorocznym wyjazdem do Kambodży, ale odpuściłam). Szczepienie nie jest tanie, kosztuje ok. 230 zł i trzeba je powtarzać co 3 lata. Nie chciałabym jednak spędzić miesiąca na leczeniu duru brzusznego. Na dur brzuszny nie wszędzie można się zaszczepić - w mojej przychodni (w Poznaniu) tego nie robią, dzwoniłam do prywatnej kliniki, która teoretycznie ma te szczepienia w swojej ofercie, ale też im się skończyły i w efekcie szczepiłam się w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemologicznej (na miejscu jest lekarz, który od razu bada, czy są jakieś przeciwwskazania zdrowotne do szczepienia). Podobno wystarczy zaszczepić się tydzień przed wyjazdem.
Japońskie zapalenie mózgu - to szczepienie początkowo zignorowałam celowo, a teraz chyba trochę żałuję. W internecie czytałam, że ma ono skutki uboczne, żeby go nie robić, jeśli nie jedzie się np. na wyprawę badawczą do dżungli. Dzisiaj jednak lekarz w Sanepidzie powiedział mi, że mimo wszystko warto takie szczepienie na wszelki wypadek zrobić przy dłuższym wyjeździe w wybrane przeze mnie rejony (czyli Laos, Wietnam, Kambodża), zdementował też plotki o skutkach ubocznych. Nie zdążę już jednak się zaszczepić przed wylotem, ponieważ szczepienie składa się z 2 dawek podawanych w odstępie 28 dni (i 1 dawki przypominającej po roku). Cóż, miejmy nadzieję, że nic mi nie będzie. Poza tym to szczepienie jest dość drogie - według cenników w internecie 1 dawka kosztuje 340-410 zł (a dawek mamy trzy).
Denga - na dengę nie ma szczepień. 
Malaria - podobnie jak w przypadku dengi, na malarię nie ma szczepień. Można brać ewentualnie profilaktycznie tabletki na malarię, np. malarone, na temat którego napisano już całe eseje w internecie. Ja malarone nie biorę (pomijając wszystko inne, przy kilkumiesięcznym wyjeździe chyba bym zbankrutowała).
Więcej szczepień nikt mi nie sugerował, lekarz powiedział, że mam wystarczający komplet, jestem przygotowana i mogę jechać w długą podróż. Pamiętajcie też, że pakiet szczepień, jakkolwiek raczej niewykraczający ponad to, co napisałam powyżej, zależy od długości podróży, jej celu i tego, co zamierzamy robić na miejscu (inne ryzyko występuje podczas pobytu na wsi, inne w mieście, jeszcze inne na wyspach).
Więcej informacji o szczepieniach znajdziecie tutaj.

sobota, 13 lutego 2016

Znowu w drogę!

To już postanowione, w Niedzielę Wielkanocną wyruszam w kolejną  podróż, tym razem kilkumiesięczną! Zaczynam w Bangkoku, a póżniej wszystko może się zdarzyć :) Aktualny plan zakłada, że po miesięcznym pobycie w Tajlandii wyruszę w stronę Laosu, Wietnamu i Kambodży na rowerze. Jeśli więc ktoś z Was ma doświadczenie w kupowaniu roweru i sakw w Tajlandii, chętnie skorzystam! W rower prawdopowodbnie będę chciała zaopatrzyć się w Chiang Mai, żeby przez Chiang Rai, a później przez Chiang Khong pojechać do Laosu. Biorąc pod uwagę, że będzie to moja pierwsza wyprawa rowerowa, wyzwanie jest spore :)

tym razem plan jest rowerowy, więc pieszych spacerów będzie mniej ;)

środa, 30 grudnia 2015

Jak spakować się na podróż do Azji?

Wiem, że takich postów powstało już wiele i że nie ma jednej, idealnej metody pakowania się na wakacje, ale postanowiłam opisać moje doświadczenia w tym zakresie - a nuż komuś się przydadzą. Poza tym wiadomo, że lepiej uczyć się na cudzych błędach niż na swoich ;)
Podstawowa zasada - plecak, nie walizka! No chyba, że ktoś zamierza cały wyjazd spędzić w jednym hotelu / hostelu, ale to się raczej rzadko zdarza. Plecak łatwiej przetransportować, łatwiej też upchnąć go w busie czy pociągu. Ja jeżdżę z plecakiem 65 l, koniecznie dwukomorowym. Dwie komory powodują, że mam łatwiejszy dostęp do swoich rzeczy i nie muszę wypakowywać całego plecaka, żeby coś z niego wyjąć - a w przypadku, gdy co kilka dni zmieniam zakwaterowanie i często śpię w dormitoriach w hostelach (gdzie nie ma miejsca na wypakowanie rzeczy), ma to ogromne znaczenie.
Wiele osób pisze, że w podróż bierze 2-3 t-shirty i podobną ilość zmian bielizny. Ja z tym się nie zgadzam. Akurat t-shirty i bielizna są lekkie i nie zajmują dużo miejsca, więc nie zamierzam się pod tym względem ograniczać - tym bardziej, że przy wilgotnym powietrzu i wysokich temperaurach, jakie panują w Azji południowo-wschodniej, przebieram ubrania dość często, a nie mam ochoty codziennie robić prania.
Nie biorę za to dużej ilości butów. Sportowe sandały, japonki (wybieram takie z podwójnym paskiem, żeby mocniej trzymały się nogi) i trampki, które zakładam do samolotu i mogę w razie czego ubrać na trekking - chociaż muszę przyznać, że jeszcze nie zdarzyło mi się założyć ich po wyjściu z samolotu, wszędzie poruszam się w sportowych sandałach, które się nie ślizgają i mocno trzymają się nogi. Inna sprawa, że dotychczas nie byłam na prawdziwym trekkingu, chyba że za taki uznać wspinanie się do najwyższego wodospadu w Parku Narodowym Erawan. Ale i tak nie zamierzam wozić ze sobą butów trekkingowych i nosić ich w plecaku, wolę zainwestować w porządne sandały.
Jeśli chodzi o spodnie, decyduję się na szorty do noszenia w miejscach, gdzie jest to akceptowane, czyli głównie na wyspach / wybrzeżu, chociaż mam wrażenie, że w innych miejscach też jest coraz większa tolerancja dla odsłoniętych kolan, a nawet widuje się Azjatki w szortach. Oprócz tego biorę ze sobą alladyny, które są lekkie, nie zajmują dużo miejsca i świetnie sprawdzają się w tropikalnym klimacie - uważam tylko, żeby były zrobione z naturalnych materiałów.
Jeśli chodzi o garderobę, pakuję jeszcze dwa stroje kąpielowe, lekką sukienkę, jedną bluzę (którą zakładam na siebie w samolocie), okulary przeciwsłoneczne i nakrycie głowy - testowałam kapelusz, wolę jednak czapkę z daszkiem.
Do tego dwa ręczniki, warto zainwestować w te supercienkie, które można kupić w sklepach sportowych lub górskich. Zajmują one dużo mniej miejsca i szybciej schną.
Kolejna kategoria bagażu, która budzi liczne wątpliwości i pytania, to leki i kosmetyki. Ja wychodzę z założenia, że do apteczki warto wziąć podstawowe leki, ale nie ma co z tym przesadzać. Pakuję wapno (na alergię i ukąszenia komarów), nifuroksazyd i węgiel rozpuszczalny (na zatrucia pokarmowe), tabletki przeciwbólowe, plastry, maść na stłuczenia i ból mięśni i na tym poprzestaję. Zastanawiałam się kiedyś nad wożeniem malarone, ale w Tajlandii czy Kambodży zagrożenia pod względem malarii właściwie nie ma, skuteczność prewencyjnej terapii malarone budzi wątpliwości, a w razie czego leki na malarię mogę dostać też na miejscu. Poza tym wychodzę z założenia, że jeśli na coś zachoruję, to bardziej skuteczne leki dostanę w tamtejszych aptekach. Kupuję jeszcze spray przeciw komarom - można go nabyć również na miejscu, ale kiedyś natknęłam się w polsce w osiedlowym markecie na offa z napisem "odstrasza również tropikalne komary" (czy coś podobnego) i działa świetnie, nic mnie nie gryzie, kiedy go użyję. Mam jasną karnację, więc kupuję mleczko / sprawy do opalania z  wysokim filtrem - zawsze mam ze sobą filtr 50 (lub nawet 50+) i 30, pod koniec podróży ewentualnie zmniejszam faktor. Biorę też balsam łagodzący po opalaniu, na oparzenia (i używam go zamiast balsamu do ciała, którego już nie pakuję).
Z wyposażeniem kosmetyczki nie warto przesadzać, bo później trzeba wszystko dźwigać w plecaku. Żel pod prysznic i szampon, zamiast odżywki - jedwab do włosów albo olejek z marakui czy orzeszków makadamia (do kupienia w malutkich buteleczkach, a są bardzo wydajne), pasta i szczoteczka do zębów, dezodorant, szczotka to włosów i tonik do twarzy. Tusz do rzęs i podkład nie zajmują dużo miejsca, więc też je dorzucam. Pakuję też szare mydło, żeby móc coś samej przeprać (co prawda w Tajlandii wszędzie można za grosze oddać ubrania do prania, ale ja zazwyczaj piorę sama). Na koniec dokładam nawilżane chusteczki, które przydają się zarówno do "umycia" rąk po zjedzeniu szczególnie klejącej potrawy z ulicznego wózka, jak i do odświeżenia się w kilkunastogodzinnej podróży samolotem czy autobusem.
Dziś ciężko obyć się bez elektroniki - w moim bagażu musi więc znaleźć się smartfon, ładowarka i aparat fotograficzny. Do tego power bank, czyli przenośna "bateria", którą ładujemy w kontakcie lub przez usb, a potem możemy za jej pomocą doładowywać przez port usb ładować telefon czy aparat. Mi szczególnie przydaje się w długiej podróży autobusem, kiedy telefon się rozładowuje od siedzenia w internecie i słuchania muzyki, a także na wyspach, gdzie nie zawsze prąd jest dostępny całą dobę - to znaczy na większych i bardziej popularnych wyspach nie ma z tym problemu, ale w Kambodży znalazłam się na Koh Rong Samloem, gdzie dostęp do prądu zapewniał hostelowy generator, włączany teoretycznie od 18 do 22, (a w praktyce czasem od 20 do północy, czasem od 18 do 21 - tam godzina to kwestia raczej umowna ;) ). Ja oprócz tego biorę ze sobą kindle'a - dużo czytam, a wożenie książek w plecaku nie wchodzi w grę. Do czytnika wgrywam też przewodnik w formie e-booka. 
Żeby zminimalizować ilość papierów, jakie ze sobą zabieram, jeżeli coś nie jest mi koniecznie potrzebne w wersji papierowej (np. potwierdzenie rezerwacji czy mapka dojazdu w interesujące mnie miejsce), nie drukuję tego, tylko robie printscreena lub zdjęcie smartfonem. Dzięki temu mam wszystkie informacje pod ręką nawet tam, gdzie nie mam dostępu do internetu, a jednocześnie nie muszę wozić ze sobą dodatkowych papierów.
Poza tym dobrze mieć ze sobą kawałek sznurka (na którym można np. rozwiesić pranie), scyzoryk, kilka spinaczy do prania, długopis. Ja wożę też saszetkę na dokumenty do noszenia pod ubraniem - w niej noszę portfel, kartę płatniczą i ewentualny zapas wypłaconych pieniędzy. Gotówkę na bieżące wydatki trzymam w małym portfeliku lub saszetce. 
Dobrze też mieć ze sobą międzynarodowe prawo jazdy - co prawda nie jest ono niezbędne do wypożyczenia skutera (nikt wówczas nie pyta o żadne prawo jazdy), ale może się przydać, gdy dojdzie do wypadku. Polskie praw jazdy nie jest w Azji honorowane, a jeśli nie mamy międzynarodowego, policja może uznać wypadek za naszą winę i obciążyć nas wynikłymi z tego tytułu kosztami, są też problemy z uzyskaniem pieniędzy z ubezpieczenia (przynajmniej tak czytałam, na szczęście nigdy nie miałam wypadku i nie musiałam testować tej teorii w praktyce). Wyrobienie międzynarodowego prawa jazdy kosztuje 35 zł i trwa mniej więcej tydzień, więc uważam, że nie ma sensu ryzykować.
Poza tym mam też bagaż "wirtualny" - czyli robię skany swoich dokumentów i wysyłam je np. mamie mailem. Wtedy zarówno ja, jak i ona mamy do nich w razie potrzeby dostęp (potrzeba dostępu może zaistnieć na przykład w razie zgubienia czy kradzieży oryginałów).
Biorę też mały plecak lub nawet tylko bawełniany worek - coś a'la worki na w-f, jakie nosiło się w podstawówce. I to wszystko :) Waga mojego głównego bagażu nie przekracza 10 kg (jest raczej bliższa 8 kg), co powoduje, że przemieszczanie się jest dużo wygodniejsze, a podróż znacznie przyjemniejsza.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Praga - informacje praktyczne

Dojazd:
Obecnie do Pragi można się dostać samolotem chyba tylko z Warszawy, więc nie jest to najwygodniejsza opcja. Czech Airlines co chwilę ogłaszają się z zamiarem otwarcia nowego połączenia z kolejnego miasta w Polsce (w maju miały wystartować loty z Poznania i Gdańska, teraz słyszę zapowiedzi o lotach z... Radomia), ale jakoś nic z tego nie wychodzi.
Można więc jechać pociągiem (opcja dość droga), samochodem albo Polskim Busem - i tą ostatnią opcję częściowo testowałam. Ceny są dość dobre (ja za bilet Wrocław - Praga płaciłam 57 zł, a za bilet Praga - Poznań 50 zł), więc moim zdaniem warto, chociaż w kilka osób pewnie bardziej się opłaca wziąć samochód.

Poruszanie się po Pradze:
Jak już pisałam, w Pradze działają 3 linie metra, są dość dobrze oznakowane i skomunikowane, więc nimi się zazwyczaj poruszam - chociaż odległości w centrum są na tyle małe, że jeśli mieszka się niedaleko, można chodzić na piechotę. Bilet jednorazowy 30-minutowy kosztuje 24 korony i wystarcza chyba na każdy możliwy przejazd metrem, ja w każdym razie nigdy nie jechałam dłużej, nawet wliczając przesiadkę. Jeśli planuje się jeździć więcej, można kupić np. bilet 24-godzinny (110 koron) lub 72-godzinny (310 koron). Bilety kupuje się w automatach na stacjach metra.
W każdym hotelu i hostelu są rozłożone darmowe mapki centrum, zazwyczaj jest na nich też mapa metra.

Jedzenie w Pradze:
Temat rzeka. Jeśli ktoś jest w Czechach po raz pierwszy, na pewno powinien pójść do restauracji z tradycyjnym czeskim jedzeniem, zamówić ser smażony (koniecznie Edam, z sosem tatarskim i ziemniakami po amerykański), knedliki z gulaszem, knedliczki na słodko, marynowany hermelin, zupę czosnkową w chlebie, zupę gulaszową, zupę cebulową... Najlepiej jednak w tym celu opuścić centrum miasta albo być przygotowanym na ceny z kosmosu i chyba jednak gorszą jakość.
Inna opcja, wybrana przeze mnie, to bary i restauracje azjatyckie - smaczne, tanie i z oryginalnym jedzeniem, do którego polski chińczyk się nie umywa. A i ceny bardzo przystępne, 30-40 koron za zupę i 70-150 koron za danie główne.
Poza tym trzeba spróbować czeskich słodyczy. Wafelki Tatranki, czekolada Orion, żelki Jojo i lentilki są już legendą, ale ja równie miło wspominam czeskie drożdżówki, które można kupić w licznych piekarniach. Są naprawdę smaczne, więc polecam.
Poza tym w Czechach koniecznie trzeba zamówić wino domowe, serwowane w pękatych kieliszkach za śmieszne pieniądze. O piwie nie piszę, bo napisano już o tym całe tomy, a ja smakoszką piwa nie jestem, więc nie będę się wypowiadać. W Czechach można pić alkohol w parkach i na ulicach, poza miejscami, w których zostało to zakazane przez miasto (w październiku 2013 roku wprowadzono przepisy umożliwiające władzom miasta wprowadzenie miejscowego zakazu spożywania alkoholu). Tabliczkę informującą o zakazie widziałam raz, alkohol spożywałam w plenerze wielokrotnie i nikt mi uwagi nie zwracał (oczywiście piłam kulturalnie, spokojnie i w nie za dużych ilościach, w przeciwnym razie pewnie mogłabym się spotkać z interwencją).

Noclegi w Pradze:
Noclegi w Pradze są względnie tanie. Testowałam już chyba wszystkie opcje: pokoje w hostelach, łóżka w dormitoriach, apartamenty... Nigdy się nie rozczarowałam, choć raz spotkała mnie niespodzianka, kiedy okazało się, że hostel, w którym się zatrzymaliśmy, był kiedyś kaplicą / krematorium, a za oknem pokoju mamy porośnięte bluszczem groby, i to w odległości jakiegoś 1,5 metra od mojego łóżka... Mi się podobało, ale niektórzy pewnie mogliby mieć na ten temat odmienne zdanie ;)
Tym razem zatrzymaliśmy się w hostelu SG1, gdzie płaciliśmy 12 euro od osoby za łóżko (ceny podawane są tam w euro, nie w koronach, i przeliczane na miejscu według aktualnego kursu) w pokoju 10-osobowym bez śniadania. Rezerwację robiliśmy przez booking.com. Oczywiście są tańsze oferty, ale nie w tej lokalizacji - chyba nigdy nie byłam w tak świetnie położonym hostelu!

Ceny w Pradze:
Ceny w Pradze to kolejny temat, na który można napisać książkę. Potrafią wzrosnąć nawet ponaddwukrotnie w sklepie położonym na głównym trakcie turystycznym (gdzie za zestaw piwo + woda zapłaciliśmy 80 koron, podczas gdy w sklepie nieopodal ten sam zestaw kosztował mniej niż 40). Dlatego trudno mi podać jakąś standardową cenę butelki wody czy piwa, są one generalnie zbliżone do polskich, ale warto, będąc w samym centrum turystycznym, przejść na równoległą ulicę i tam zrobić zakupy - będzie dużo taniej.
Za obiady płaciliśmy zazwyczaj w azjatyckich knajpach ok. 40 koron za zupę i 100 koron za ryż / makaron z kurczakiem i warzywami (albo z krewetkami koktajlowymi).
Butelka wina w sklepie to koszt od 100 koron w górę (pewnie w marketach jest taniej).
Bilety do dzielnicy żydowskiej kosztują 300 (tańsza i moim zdaniem lepsza opcja, bez największej synagogi) lub 480 koron (z synagogą Staronovą, ale w tańszej opcji też są inne synagogi).
Muzeum Muchy to koszt 240 koron. Bilet za komplet atrakcji na Hradczanach to 350 koron (są też opcje zakupu biletu do poszczególnych zabytków, nie można jednak kupić biletu tylko na Złotą Uliczkę).

Praga na urodziny 18-19.07.2015

18.07.2015
Pragę odwiedzałam już wielokrotnie, ale od ostatniego wyjazdu miałam chyba 4-letnią przerwę, więc kiedy mój kolega podrzucił pomysł, żebyśmy wyskoczyli na weekend, od razu się zgodziłam - tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z moimi urodzinami, więc miałam dzięki temu sama dla siebie fajny urodzinowy prezent. Nie miał to być wyjazd typowo na zwiedzanie, raczej weekendowy wypad, żeby się zrelaksować, nie napiszę więc szczególnie dużo o zabytkach, ale w razie czego służę w tej kwestii pomocą, bo wszystkie główne praskie atrakcje już kiedyś zaliczyłam.
Pierwotnie kupiłam bilety w obie strony na Polskiego Busa i plan zakładał, że spędzę w podróży noc z piątku na sobotę i z niedzieli na poniedziałek (w tamtą stronę musiałam dostać się pociągiem do Wrocławia i tam przesiąść w busa, z powrotem miałam jechać jednym ciągiem, od północy do 8 rano). Ostatecznie jednak Michał wziął samochód, więc wracałam z nim autem.
Bus przyjechał  na miejsce pół godziny przed czasem - do Pragi dotarłam o 5 rano (Michał pojechał tam dzień wcześniej). Zrobiliśmy jakieś mniej lub bardzej śniadaniowe zakupy i ruszyliśmy w stronę Hradczan, czyli wzgórza, na którym mieści się m.in. zamek, bazylika, katedra św. Wita i ogrody królewskie. Zabytki na Hradczanach otwarte są od  9 rano, ale chcieliśmy wejść tylko na Złotą Uliczkę.
Dojazd z dworca jest banalny - jest on tak blisko centrum, że w zasadzie można iść na piechotę. Ja po Pradze zazwyczaj poruszam się metrem, które składa się z 3 linii (A, B i C, oznaczone również kolorami jako żółta, zielona i czerwona). Linie krzyżują się każda z każdą, ich rozkład jest bardzo czytelny, a jednym z punktów przesiadkowych jest właśnie stacja Florenc znajdująca się przy samym dworcu autobusowym. Co prawda mieliśmy samochód, ale z uwagi na problemy z parkowaniem w centrum zostawiliśmy go w okolicy dworca i wsiedliśmy do metra (nasz hostel znajdował się przy samym Moście Karola, więc nie mieliśmy nawet co liczyć na darmowe miejsca parkingowe w okolicy). Bilety na metro są dość tanie, jednorazowy na pół godziny kosztuje 24 korony, są opcje dobowe i kilkudniowe. Biorąc po uwagę, że mieszkaliśy w centrum, jeździliśmy na biletach jednorazowych, bo inna opcja nam się nie kalkulowała (zaliczyliśmy raptem 3 przejazdy metrem przez cały pobyt). Wsiedliśmy w zieloną linię metra, wysiedliśmy na Malostranskiej i ruszyliśmy na Hradczany.
Złota Uliczka, czyli chyba najbardziej charakterystyczny praski zabytek, była kiedyś miejscem, w któym mieszkali w miniaturowych, kolorowych domkach rzemieślnicy. Niestety, w godzinach otwarcia nie da się na niej nic zobaczyć z powodu tłumów, jakie nią chodzą. Da się jednak na nią wejść przed otwarciem i tak właśnie zrobiliśmy, dzięki czemu spędziliśmy pół godziny, siedząc tam w ciszy i spokoju, bez innych turystów. Potem okrążyliśmy wzgórze i zeszliśmy na dół.
opustoszała Złota Uliczka
Przeszliśmy przez Most Karola, który o tej porze też był jeszcze względnie pusty. Sprzedawcy i portreciści dopiero się rozkładali, turyści odsypiali piątkowy wieczór, dzięki czemu choć trochę czuliśmy klimat tego miejsca. Poszliśmy spacerem przez stare miasto, zrobiliśmy zakupy piknikowe i usiedliśmy na wyspie (Strelecky ostrov, prowadzi do niej most Legii, znajdujący się obok Mostu Karola). Na wyspie jest park, jest świetny widok na Hradczany, Most Karola, Petrin.... Czego chcieć więcej ? ;)
wyspa na Wełtawie
I tak przesiedzieliśmy kilka godzin, później zrobiliśmy nowe zapasy i usiedliśmy sobie na trawie na wzgórzu Petrin (nie wjeżdżaliśmy na samą górę), a po jakimś czasie poszliśmy się zameldować w hostelu i trochę zdrzemnąć (po całonocnej podróży nie byłam najbardziej wypoczęta). Po drodze wsunęliśmy jeszcze bulion z jajkiem i pomidorami w azjatyckim barze.
Nasz hostel okazał się rewelacyjny - nie dość, że przy samym Moście Karola (tzn. jakieś 100 metrów od niego, przy ulicy Małostrańskiej, prowadzącej do mostu), w przepięknym budynku z wewnętrznym dziedzińcem, to jeszcze pokój, choć 10-osobowy, okazał się ogromny, jasny, przestronny, czysty i w ogóle się nie odczuwało, że mieszka w nim tyle osób, mimo że wszystkie łóżka były zajęte. Poza tym w hostelu jest wspólny pokój i kuchnia z małą kuchenką, lodówką, czajnikiem, darmową kawą i herbatą, w której można sobie przygotować jedzenie.
kuchnia hostelowa

nasz pokój

Po drzemce wybrałam się do okolicznej restauracji coś przekąsić. Wystarczy odejść trochę od głównej trasy turystycznej, a ceny stają się normalniejsze, a potrawy smaczniejsze. Nakladany hermelin (coś w rodzaju marynowanego camemberta) i kieliszek wina domowego (czeskie wino jest zaskakująco smaczne, a w każdym razie takie mam wrażenie, kiedy zamawiam je w tamtejszej gospodzie, bo pewnie koneserzy niekoniecznie by się ze mną zgodzili) dodały mi sił. Posiedziałam jeszcze chwilę w restauracji, później spotkałam się z parą, której odsprzedaliśmy bilety na autobus powrotny.
nakladany hermelin

Później poszłam po Michała i wybraliśmy się na kolację. Kiedy byłam w Pradze osiem lat wcześniej, na pomaturalnym wypadzie ze znajomymi, przypadkiem odkryliśmy świetną azjatycką restaurację. Nazywa się Moon i znajduje się przy ul. Hastalskiej. Wystrój jest dość obskurny. Miejsce nie ma swojej strony internetowej ani nawet strony na facebooku, nie ma o nim prawie żadnych wzmianek w internecie (chyba na jednej stronie wyskakuje jakakolwiek informacja), więc za każdym razem, kiedy jadę do Pragi, obawiam się, że Moon już został zlikwidowany. Ale nie; na szczęście trzyma się dzielnie, serwując świetne jedzenie w niskich cenach, w typowo czeskim, lekko kiczowatym wystroju (zawsze wybieram stolik na antresoli, przy akwarium, wśród ścian obitych boazerią). Zamówiłam zupę, której nazwy nie pamiętam, i makaron ryżowy z krewetkami - to był błąd. Rozmiar porcji mnie pokonał, nie byłam w stanie dokończyć posiłku i ledwo wytoczyłam się później na zewnątrz. Zdążyłam już zapomnieć, że porcje są tu spore.
A na trawienie najlepszy jest spacer. Przeszliśmy się więc wzdłuż rzeki, po dzielnicy żydowskiej i starym mieście, kończąc wieczór butelką wina na Starym Rynku (spożywanie alkoholu jest tu dozwolone, a przez starówkę regularnie przejeżdża śmieciarka i zbiera szkło).
19.07.2015
W niedzielę też nie mieliśmy szczególnie ambitnych planów. Po śniadaniu poszliśmy zobaczyć ścianę Johna Lennona, znajdującą się niedaleko naszego hostelu (Velkopřevorské náměstí), której jeszcze nie widziałam. To mur, który po śmierci Lennona mieszkańcy zaczęli zapełniać jego podobiznami i tekstami piosenek Beatlesów, a który następnie przerodził się w "oazę wolności słowa" - miejsce, w którym prażanie za czasów komunizmu wypisywali różne myśli, hasła i cytaty o charakterze politycznym. Obecnie ściana zapełniona jest kolorowym graffiti, częściowo nawiązującym do Lennona czy pacyfizmu, a częściowo wyrażająca różne inne odczucia i emocje autorów.
ściana Lennona
Później poszliśmy na spacer do Josefova (dzielnicy żydowskiej), ale nie zdecydowaliśmy się na wstęp do zabytków - chociaż gorąco to polecam. Najstarszy i najlepiej zachowany cmentarz żydowski, wystawa, z której można się wiele dowiedzieć o żydowskich zwyczajach, ceremoniach i przedmiotach codziennego użytku, a także najbardziej chyba wzruszająca wystawa rysunków namalowanych przez dzieci w obozach koncentracyjnych... To trzeba zobaczyć. Byłam tam jednak już kilka razy, więc teraz postanowiłam odpuścić. Jednak bez zwiedzania "od środka" wyprawa do Josefova nie ma sensu - z zewnątrz dzielnica nie robi absolutnie żadnego wrażenia, do krakowskiego Kazimierza nawet się nie umywa, jest pozbawiona klimatu.
Później wybraliśmy się w okolice Wyszehradu, gdzie przed wyjazdem wynalazłam przez internet ponoć dobrą azjatycką knajpę. Wiem, że pewnie zaraz posypią się na mnie gromy, że dlaczego w Pradze nie chodzę do czeskich restauracji, tylko jem w azjatyckich barach... Spróbuję się jednak wytłumaczyć. W Pradze byłam, wliczając jednodniowe wycieczki, około dziesięciu razy. W Czechach - kilkadziesiąt. Przetestowałam już chyba wszystkie tradycyjne przysmaki czeskiej kuchni, włącznie z tradycyjną wieczerzą wigilijną, którą kiedyś przygotował nam zaprzyjaźniony właściciel gospody w małej miejscowości w górach kiedy spędzaliśmy tam święta. Czeskie jedzenie lubię, chociaż jest ono dość ciężkie. Jednak prawdziwe czeskie jedzenie w centrum Pragi po pierwsze trudno znaleźć (a nie mam ochoty siedzieć w restauracji, w której menu jest tylko po angielsku, a ceny są pięciokrotnie wyższe niż na obrzeżach miasta). Poza tym azjatyckie jedzenie w Czechach jest czymś, po co sięgam z prawdziwą przyjemnością. U naszych sąsiadów mieszka bowiem wielu imigrantów z Azji (z moich obserwacji wynika, że chyba najwięcej jest Koreańczyków, ale widzę cały przekrój). Obecnie większośc sklepów spożywczych jest prowadzona właśnie przez nich. Ale to nie wszystko - Azjaci w Pradze otwierają własne knajpy, a niektóre z nich są naprawdę niezłe! Jeśli w Polsce mam ochotę na azjatyckie jedzenie, mam do wyboru albo tani bar z jedzeniem na wynos typu "chiński kubek", który z Chinami nie ma nic wspólnego, albo drogą restaurację tajską lub sushi. Tutaj jest inaczej: można zjeść w taniej restauracji coś tajskiego, koreańskiego czy chińskiego, a nawet sushi. I to jedzenie rzeczywiście smakuje tak, jak smakować powinno. Oczywiście nie wszędzie. Wiadomo, że bycie np. Koreańczykiem nie oznacza, że jest się świetnym kucharzem przyrządzającym koreańskie dania, więc zdarzają się też niewypały, jednak łatwiej znaleźć tu dobre azjatyckie jedzenie niż w Polsce.
W każdym razie knajpa, którą znalazłam, specjalizuje się w kuchni tajskiej (choć w menu jest też sushi), dziewczyna, która nas obsługiwała, była moim zdaniem Tajką, więc chyba stąd specjalizacja ;) Restauracja nazywa się Thanh Tam (Na Slupi 142/5, Nové Město, Praha 2), jest dość niepozorna, ale jedzenie jest naprawdę dobre - chyba nawet lepsze niż w Moon. Zupa Tom Yum Kung za 35 koron (a w środku nawet załapałam się na krewetki) czy Pad Thai z kurczakiem za 100 koron - w Polsce za taką cenę nie dostaniemy nic zbliżonej jakości, a w każdym razie ja nie kojarzę takiego miejsca (jeśli ktoś takie zna, błagam o namiary). Tu znowu porcje okazały się spore, więc po posiłku położyliśmy się na trawie w okolicznym parku. 
menu restauracji sporządzone w międzynarodowym języku obrazkowym ;)
pad thai - wiem, że powinien być z limonką i jedzony pałeczkami, ale i tak w smaku wymiatał
Później poszliśmy spacerem na Wyszehrad (drugie, obok Hradczan, wzgórze zamkowe w Pradze, które również było siedzibą władców). Po drodze zahaczyliśmy o kilka sklepów, bo obiecałam przywieźć do Polski lentilki, Tatranki, żelki Jojo i oczywiście Kofolę, która była głównym zamówieniem :)
Z Wyszehradu złapaliśmy metro, którym podjechaliśmy na Florenc po samochód. Spakowaliśmy do niego nasze rzeczy i jeszcze trochę pokręciliśmy się po okolicy. Początkowo chciałam wybrać się do Muzeum Alfonsa Muchy, ale cena biletu trochę mnie zmroziła (240 koron, a  w muzeum nie ma nic wyjątkowego - co więcej, pierwszą salę można obejrzeć za darmo z hallu, poza tym wydaje mi sie, że już tu kiedyś byłam). Poszłam więc tylko do muealnego sklepiku po drobiazgi z grafikami Muchy. Nie lubię kupować pamiątek z wakacji, ale te gadżety chiałam mieć tak czy inaczej, więc zrobiłam wyjątek od swojej zasady niekupowania suwenirów ;)
Potem pojechaliśmy na Žižkov zjeść jakąś kolację przed wyjazdem. Tym razem chcieliśmy zamówić ser smażony z sosem tatarskim, żeby zakończyć pobyt czeskim akcentem. Jak na złość, nie mogliśmy znaleźć żadnej knajpy, która by nam odpowiadała, więc ostatecznie usiedliśmy dla odmiany w azjatyckiej restauracji. W menu był jednak ser smażony ;) (na który ostatecznie się nie skusiliśmy) Tym razem jedzenie mnie rozczarowało - kurczak z warzywami po tajsku okazał się być kurczakiem z warzywami zalanym dużą ilością sosu sojowego... Albo wiem o tajskiej kuchni mniej niż myślałam, albo coś tu poszło nie tak. 
W każdym razie zjedliśmy to, co zamówiliśmy, popiliśmy jaśminową herbatą i pojechaliśmy po raz kolejny na Florenc, gdzie byliśmy umówieni z pasażerami z blabla car - Hindusami, żeby utrzymać się w azjatyckim klimacie :) Jeden był z Mumbaju, a drugi z Delhi i robili jakiś staż w Poznaniu, a weekendy spędzali na wycieczkach. Trochę się przerazili, kiedy powiedzieliśmy im, że według ostrzeżeń synoptyków po drodze może nas złapać huragan lub trąba powietrzna (chyba nie tego się spodziewali w Europie Środkowej). Na szczęście okazało się, że burze przeszły przed nami i poza kilkoma większymi konarami lub złamanymi drzewami leżącymi wzdłuż jezdni dorga powrotna minęła bez przeszkód.
Podsumowując, wyjazd należał do udanych, choć Praga w moim odczuciu straciła swój czar i klimat, który mnie do niej przyciągał. Może to częściowo kwestia szczytu sezonu i natłoku turystów, ale wydaje mi się, że nie tylko. Z centrum miasta zrobiła się turystyczna makieta z drogimi i bezpłciowymi restauracjami, sklepami z absyntem w kosmicznych cenach i pamiątkami dla turystów nie mającymi nic wspólnego z Pragą. Żeby było jasne: bawiłam się bardzo dobrze, spędziłam miło czas, relaksując się w klimatycznych parkach czy na wyspie, ale to miasto nie jest już takie, jak je zapamiętałam. I choć pewnie jeszcze tu przyjadę, to już nie w szczycie sezonu i nie będę czekać na ten wyjazd z takim utęsknieniem jak zazwyczaj. Może nawet ominę Pragę i pojadę np. na Morawy, w każdym razie gdzieś, gdzie jest więcej Czechów niż turystów...